"Przyloty-odloty” to blog o podróżach, ale nie tylko. Wiadomym jest, że pomiędzy wyprawami, wycieczkami, a nawet spacerami, jak zza węgła pojawia się czas "nie-podróżny". Wtedy to człowiek choć trochę "świata-ciekaw", zajmuje się obserwowaniem, porównywaniem i zadawaniem pytań. Często pozostających bez odpowiedzi. Tropienie dulszczyzny i drobnomieszczaństwa jest pasją samą w sobie. "Świata-ciekaw" wspomina również czasy mniej lub bardziej odległe, bez znaczenia czy w przeszłość, czy w przyszłość. Tak więc startuję z blogiem, w którym pełno okruchów i odbić. Pełno tu odlotów moich bliskich i znajomych, obserwacji otaczającego mnie życia i relacji z podróży oczywiście! Postaram się wpleść również własne - i nie tylko - zdjęcia, cytaty i fragmenty, przy których przystanąłem i postanowiłem się nimi podzielić. Zanim zacznę pozwólcie, że cytując Kabaret Starszych Panów powiem: „Drzwi opatrzyłbym w inskrypcję, przedsięwzięto Ekspedycję”/ Radek


wtorek, 21 września 2010

U pay peanuts, U get monkeys.

Tytuł posta to hasło mojej znajomej, którą praca satysfakcjonuje, ale płaca już NIE!!! Na co dzień chadza w podartych spodniach i tłumaczy ten fakt modą, tymczasem wiemy z  dobrze poinformowanych źródeł zbliżonych do mediów i papugujących informacje, że boi się zapytać szefa o podwyżkę. Ostatnio nie ma już nawet na myjnie samochodową!!! Ma cały czarny samochód, wyobrażacie to sobie?
Zdjęcie, natomiast jest autorstwa Gosi Markowskiej z zastrzeżeniem wszelkich praw autorskich. Wykonane zostało w autobusie linii 520 na przystanku przed kinem Femina.




wtorek, 14 września 2010

Chińskie zakazy



Tym razem o czasach sprzed Olimpiady w Pekinie, ale obiecuje wrócić do pierwszego Cesarza, jego armii i dworskich kłamstw. Otóż przed olimpiadą poproszono Chińczyków o lekkie zmodyfikowanie swoich zwyczajów. To co władze eufemistycznie nazwały lekkim, dla przeciętnego obywatela Państwa Środka, było jawnym świętokradztwem, zamachem na tradycję i kulturę. 

  • po pierwsze: nie wychodzić po pracy na ulice miast i główne arterie w piżamach. Jak to! Jak to nie wolno nam po pracy jak normalni ludzie przebrać się w jedwabne podomki, bawełniane spodnie i poczłapać w hotelowych kapciach od kuzyna do Pana Wu na Magonga? To niby co mamy robić siedzieć w domach i czekać na pierwsze medale i ostatnie samoloty wywożące kibiców do domu forever by by! To nedorzeczne, przecież piżama nie jest obrazą, jest wyrazem zaufania, gościnności, lekkim nonszalanckim luzem w stylu smart cashual. Ok, nie to nie - będziemy chodzili w szlafrokach, to trochę zbyt eleganckie, ale wytrzymamy.
  • po drugie: nie pluć! Może jeszcze nie mlaskać, nie zostawiać kosteczek o od kurczaka na stole i nie jeść gotowanych kaczych pazurków. To może w ogóle lepiej zaczniemy jeść widelcami i przestaniemy przeciągać się przy stołach i głośno bekać. przestaniemy upijac sie i śpiewać rewolucyjne pieśni. Jak tak dalej pójdzie to zlikwidują karooke.
  • po trzecie: usunąć z menu restauracji: psy, koty, i inne smakołyki. Niewyobrażalny cios w gastronomię. tragedia na poziomie zakazu schabowego z kapustą. Oczywiscie wielu z nas pod presją rządu i w obawie o konsekwencje zmieni karty dań, ale my prawdziwa ludność Han - nigdy
Suplement: przed Olimpiadą z karty dań ośmiuset restauracji zniknęło wszystko to co moze doprowadzić do konfliktów i niepotrzebnych niesnasek. Sukces? Nie do końca, w samym Pekinie jest kilkanaście tysiecy restauracji, jadłodajnii, barów, stolików na targach i obnośnych karmicieli. Reszta o zakazie czy jak nazwał to rzaąd nie słyszała lub słyszeć nie zamierzała. Smacznego Hau hau!

poniedziałek, 13 września 2010

Czyste piękno.

Moi Drodzy Czytelnicy, dementuję, nie zakochałem się, nie zadurzyłem, po prostu prezentuję Wam wiersz, który jest dla mnie kwintesencją uczuć  i pragnień:


Cudowne pomnę oka mgnienie,
Harmonią tknięty wzrok i słuch;
Zjawiłaś się jak przywidzenie,
Czystego piękna lotny duch.

Śród melancholii, śród udręki,

Śród krzątaniny płonnych dni,

Twojego głosu tkliwe dźwięki


I twarz niebiańska mi się śni.
Lecz idą lata, burz porywem
Najsłodszych marzeń płosząc rój.

I zaponiałem dźwięki tkliwe,

I zniknął widok miły twój.


I w głuszy, w mroku zniewolenia

Leniwie czas znosiłem zły -

Dni bez miłości, bez natchnienia,

Bez bóstwa - ach, bez jednej łzy.

Aż wtem - jak duszy przebudzenie,

Harmonią tknięty wzrok i słuch:

Znów się zjawiłaś - przywidzenie,

Czystego piękna lotny duch.

I rośnie w sercu upojenie,
I w zmartwychwstałym znowu drży
Jak dawniej miłość i natchnienie,
I bóstwo żyje w nim, i łzy.
(Aleksander Puszkin do Anny Kern na pożegnanie)

czwartek, 2 września 2010

Japończyk

Dużo napisano w wielu miejscach o Japończykach, o Japonii, o zwyczajach i kulturze, a wiec i ja dorzucę swoje trzy grosze do tego sake. Moja znajoma pracująca w Krakowie w recepcji 4* hotelu opowiadała, że przewodnik wycieczki Japończyków nigdy nie rezerwuje dla siebie pokoju na tym samym piętrze. Gdyby tak zrobił, goście odebrali by to jako wyraz braku szacunku i arogancję. Japończycy w większości rezerwują pokoje z dwoma łóżkami na jedną osobę. Nie tak jak ja, żeby na drugim łóżku zrobić bałagan i przez pół nocy zmieniać je, zastanawiając się na którym śpi mi się lepiej. Japończycy na drugim łóżku stawiają portret męża, żony, dzieci. Nie wierzycie, podam adres hotelu. Zresztą koleżanka jest przygotowana również na inne niedogodności. Po wyrwanych trzech pod rząd prysznicach, dyrekcja przygotowała specjalną, rysunkową instrukcję jak odkręcić wodę. Po latach doświadczeń wiedzą również, że pokój bez wanny jest dla Japończyka nie do zaakceptowania. Moja znajoma Michiko z Tokio, skwitowała to krótko "Jesteśmy kulturą wannową i już". Michiko nawet przez telefon ze swoim Dziadkiem rozmawiała stojąc wyprostowana jak struna, słowa Dziadka potwierdzała HAI! i lekko się kłaniała. Dopiero kiedy skończyła rozmowę usiadła z nami do lunchu. Nie sądzę żeby w obrębie jej świadomości i alfabetu pojęciowego było popularne wśród nastolatek odezwanie do Rodzica "No weź się Ojciec!!!" A teraz najlepsze. Pewien przewodnik z polski miał pod opieką grupę biznesmenów z ich szefem Panem Masu. Przewodnik chciał być szczególnie usłużny, pomawiał, spieszył z informacją, uśmiechał się, kłaniał i opowiadał o mijanych zabytkach. Panu Masu przez dwa dni nie drgnął najdrobniejszy muskuł na twarzy. Kiedy wszyscy zaczęli zastanawiać się czy to może botox, Pan Masu powiedział dnia trzeciego:  "DO NOT TOK TO ME DIRECTLY" i zamilkł do końca wyjazdu! Tak, ale czego spodziewać się po nacji, która za dowcip uważa zbitek słów Hokkaido? Okkaido!!! (drugie to takie gu gu gu, jak u dzieci), brzuch sobie oberwę!!!

środa, 1 września 2010

Stewardesa

Nade mną mieszka stewardesa. Skąd to wiem? Otóż opowiedziała mi o tym żona  Pana J., ale bez szczegółów. Mrugnęła niby okiem, że bywa zabawnie i ciekawie. No i jest, nawet bardzo tylko nie dla mnie. . Kiedy "zalatana" sąsiadka wraca to zaczyna się rytuał. Po pierwsze szarpie się, jak z pitbulem o kabanosa,  na klatce schodowej z walizką wielkości szafy trzydrzwiowej z lustrem. Jakby płaciła nadbagaż to by, jak ludzie, miała 15 kg głównego i podręczy, który wygląda na 7 a waży 16 kg. Po drugie trzaska drzwiami, Kobieto to nie Airbus w EasyJet-e ani Air Egipt z przelotem długości Drogi Mlecznej. Po trzecie zaczyna sprzątać. Najpierw szura szczotką, potem włącza odkurzacz. Dźwięk baletu z rurą przypomina pogoń za wiewiórkami w jesiennym lesie. To tu, to tam, pod szafę i na półce. Zmywa, przesuwa coś, nie wiem co? Wyrzuca butelki do zsypu, a mieszka na szóstym piętrze. Jest napisane "Nie wyrzucać szkła", no tak, ale jest też napis "Nie suszyć bielizny na balkonie", przecież ja nie mam balkonu! Włącza muzykę i tu pogłębia się moja niechęć bo z reguły jest to Radio Złote coś tam i tupie do rytmu. potem, po kilku godzinach, moje piętro cichutko mija winda, otwierają się drzwi sąsiadki i zaczyna się miłosny taniec dwóch ciał, dziki sex, kochanie się - cokolwiek. Nie ważne, ale odkurzacz był mniej hałaśliwy. Puszczam wtedy muzykę, Muzykę, MUZYKĘ!!! Ile ona oktaw potrafi wyciągnąć w jednym dźwięku? Szkoda, że nie myślała o karierze w operze, albo o sprawdzaniu wytrzymałości żarówek. Szkoda, że nie myśli o sąsiadach, albo o innym mieszkaniu, na przykład na Okęciu. Tam i tak mają dość głośno, a więc jeszcze jeden Dreamliner w bloku nie zwróciłby niczyjej uwagi. Poza tym do pracy bliżej.  Czy można wygłuszyć sufit? Wszystko to byłoby ludzkie i w miarę normalne, ale nie o trzeciej w nocy kiedy ląduje KLM z Singapuru lub o 5.30 po przylocie BA z Denver. Najbardziej po całym tym seksie mnie irytuje, że nie rozwozi drinków i zapalonych papierosów!!!

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Nie pytajcie mnie o kontekst !


Podobno nie ma rzeczy niemożliwych! Tak? To spróbuj wymówić literę "P" z otwartymi ustami.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Molier z KC

Na ekrany kin wchodzi film o dwóch cwaniaczkach, którzy próbują zbić fortunę na samochodzie, którym swego czasu jeździł ponoć Kardynał Karol Wojtyła. Reżyser, Maciej Wojtyszko, w jednej z głównych ról obsadził Piotra Adamczyka, słynnego już odtwórcę ról papieskich. Ten sam reżyser dawno temu w jednym z reżyserowanych przez siebie spektakli, obsadził w roli Moliera i jego żony Tadeusza łomnickiego i Halinę Mikołajewską. Ona w tym czasie członkini KOR-u, on członek KC PZPR, Pewnego dnia, kiedy w sali prób pozostali sami we trójkę, Halina spojrzała na zegarek i powiedziała „Jadę na zebranie KOR-u, jak mnie nie wsadzą to będziecie jutro mieli główną odtwórczynię i premierę”. Na co Łomnicki spojrzał na nią i odpowiedział „To może Ciebie podwiozę?”. W takich momentach wybucham niekontrolowanym śmiechem, chociaż za plecami słyszę chichot historii. Reżyser jeszcze w 2002 roku wspominał, że najpiękniejszy widok to Mikołajewska i Łomnicki spacerujący korytarzami TV i rozmawiający o sztuce tak jakby dookoła nic się nie działo i nie było między nimi tej ogromnej różnicy ideologicznej. Co do aktualnego filmu nie mam zdania. Zdjęcie pochodzi z prób do "Króla Lira", prób niedokończonych, ale o tym napisze około 22 lutego przyszłego roku. 
A propos poczucia humoru, do Łomnickiego kiedyś młody aktor zwrócił się per Mistrzu na co usłyszał odpowiedź "Jaki Mistrzu?! Mów do mnie BOŻE!!!"

niedziela, 22 sierpnia 2010

Uliczne ulotki

Wczoraj w nocy, no bez przesady, o wpół do drugiej! Wracając z Nowego Światu, rozśmiesza mnie, że można napisać Świata - jak Kolumb!!! Znalazłem coś, co jako idea tkwiło mi w głowie od dawna. Za szybą samochodu rozpoznanego przez moje koleżanki jako "biały", a przeze mnie jako Opel Corsa 1,4 tdi, włożona była karteczka genialna w prostocie przekazu. NIE WKŁADAĆ REKLAM!!! Rozumiem to doskonale. Jako uczestnik stolicznego (stołowego) ruchu drogowego, jestem na to szczególnie narażony, jeżdżąc na rejestracjach rodem z Czeczeni CZN. Z końcówką  FX co oznacza z języka angielskiego: efekty specjalne. A propos , w przypadku mojego samochodu to rzeczywiście cud, że jeszcze jeździ!
Wracając do sprawy, jako uczestnik, w ciągu ostatniego miesiąca, wyjąłem bez mała kilogram ulotek promujących: kluby go go, nocne kluby, agencje nie-reklamowe i freelancerki na rynku direct on night to your bed. Straciłem również trzy tygodnie temu lewą wycieraczkę bo jakiś "wkładacz", nie mogąc jej odchylić, urwał całe ramię. Skończyło się to powrotem do domu w ulewie, tylko z prawą szczotką. Siedziałem okrakiem na skrzyni biegów, a kierownicę trzymałem w lewej dłoni. Dlaczego nie zjechałem? Nie było pobocza: płoty, parkany, słupki i tak przez 4 km. Dodatkowo koszt 150 zł za uzywany komplet ramion zakupionych na jednym z popularnych serwisów aukcyjnych i montaż. Denerwuje mnie konieczność "odśnieżania" w niedzielne  popołudnie, trzeźwiejącego samochodu z ulotek, uloteczek, karteczek. Jedna z nich przykleiła się do karoserii wyjątkowo skutecznie, a ponieważ wyjechałem na trzy tygodnie, zerwałem ją po powrocie, ale nie druk z niej. Druk zdobi nadal  bok samochodu jak modern design rodem z najnowszej wystawy MoMo, myjnia nie pomogła! Przypomina mi się jeszcze tekst mojego kolegi, który uprzedzał mnie, żeby nie myć samochodu zbyt często. Otóż na brudnym zawsze ktoś dowcipny wypisze mu BRUDAS. Na czystym natomiast, gwoździem wydrapano mu na bagaźniku CZYŚCIOSZEK!!!

piątek, 20 sierpnia 2010

Wieżowiec i teraźniejsi zmarli w naszym życiu

W niektórych kulturach o zmarłych członkach rodziny mówi się w czasie  teraźniejszym. Na przykład ludność Han, będąca główną grupą etniczną zamieszkującą Chiny, mówi w ten sposób aż do siódmego pokolenia po śmierci. Dopiero gdy rodzi się kolejne, ósme pokolenie, rodzina uznaje stan śmierci za faktycznie i przede wszystkim duchowo dokonany. Wtedy oficjalnie zaczyna mówić się o zmarłym w czasie przeszłym. Szacunek do przodków jest tak ogromny, ze nikt nie odważyłby się zrobić inaczej. Ich imiona umieszcza się wykaligrafowane na tabliczkach we wschodnim rogu domu. Kierunek jest nie bez znaczenia, na wschodzie jak głosi chińska tradycja, gdzieś daleko jest kraina szczęśliwości, do której oni odeszli, a my zmierzamy.
W Singapore, w jednej z najdroższych dzielnic, stoi pusty apartamentowiec. Ponad dwadzieścia pięć lat temu, jeden z europejskich developerów postanowił na dziwnie tanio kupionej działce wybudować budynek i dobrze na nim zarobić. Po zakończeniu inwestycji, pomimo sprawnej kampanii reklamowej, nikt nie chciał wynająć ani "złamanego" metra kwadratowego. Dopiero przypadkowa rozmowa developera z jego chińskim kierowcą ujawniła straszną prawdę. Działka była tania bo wiele lat wcześniej był w tym miejscu cmentarz. Żaden chińczyk nie naruszy spokoju zmarłych, nie postawi stopy na grobie, nawet jeśli miałoby to być kilka lub kilkanaście  pięter ponad grobem. Był jeszcze epilog z Mistrzem Feng shui, ktory to zawsze odwiedza nowe mieszkanie chińczyka przed wprowadzeniem się, wygania złe duchy, przeprasza dobre i ...wydaje stosowny certyfikat, ale i on nie pomógł.

czwartek, 19 sierpnia 2010

No to są jaja!!!

Jednym z przysmaków, oczywiście tradycyjnie dającym potencję i rokowania na syna są w Meksyku: bycze smażone jądra! Sam fakt, że można komuś podsmażyć cohones, nawet jeśli jest bykiem, wydaje mi się na tyle drastyczny, że żal mi się robi zwierzaka. Za to kiedyś jedna z przewodniczek wycieczek opowiedziała tę historię w autobusie jadącym do Cancun. Wycieczka zareagowała sykiem i głośnym "Uuuuuu!!!", tylko jedna, starsza już, Pani trwała z wyrazem zadumy na twarzy. Na pytający wzrok przewodniczki, skierowany w jej stronę, zapytała: "No tak, ale niech Pani powie jak byk znosi jaja?"

Drzewa zmarłych dzieci

Rodzice zmarłego dziecka są najsmutniejszymi ludżmi na świecie. Rozpacz wyrażona w krzyku czy w milczeniu, w stuporze opuszczonych ramion i skuleniu ciała, jest  niepomierna. Nawet pisząc to nie potrafię robić tego spokojnie. Ból nie miesci się w głowie. Kiedy kieruję samochodem z dziećmi jakichkolwiek ludzi, ale najczęściej mi znajomych, moja ostrożnośc i zapobiegliwość sięga granic. Wiozłem kiedyś rodzeństwo, jedyne dzieci cenionego przeze mnie małżeństwa. Ostatnio przed głosowaniem prezydenckim, było jeszcze trudniej. (... wycinek prywatny...). Wszystko wydawało się takie wesołe, słoneczne, obiadowo-radosne.  A jednak myśl o czymkolwiek złym co mogłoby się przydarzyć na drodze, była straszna.
Ad rem, w Indonezji na wyspie Sulawesi wśród już opisywanego plemienia  Tana Toraja, jest zwyczaj pochówku dzieci w grobach wydrążonych w drzewie chlebowca. Z czasem drzewo zabliźnia się, ale nigdy nie do końca jak serca rodziców, którzy  wierzą, że dusze ich dzieci żyją i wzrastają w drzewie. Na zdjęciu jedno z takich drzew, uwierzcie lub nie, samo stanie pod nim jest doznaniem graniczącym z bólem wyrywanego serca. Nigdy nawet nie wysunąłem ręki w kierunku pnia, a przecież one tam są, miliony marzeń, uśmiechów, nie odbytych spacerów, nie nauczonych liter, nie zjedzonych obiadów i nie umytych przed snem zębów. Całe życie rodziców, więcej niż życie.

Impresje od kuchni meksykańskiej

  • Na kaca najlepsza jest Michelada, skład: piwo najlepiej lokalne, sok z limonek, a raczej coś w rodzaju lemoniady z gazem, magi (!) i wianuszek z ostrej, drobno zmielonej papryki z solą dookoła, proporcej należy wypracować w toku leczenia kolejnych nadużyć tequili.Wszystko to razem ma smak niepokojąco nienaturalny jak dla nas, ale efektu nie należy długo czekać. już po pół godzinie z przyjemnością sięgamy po kolejną porcję esencji Meksyku.
  • Robak, powszechnie utarło się sądzic że znajduje się na dnie tequili, otóż nie! Zalega on na dnie butelki szlachetnego trunku Mezcal. Jest to larwa żerujaca w blue agawie, którą podaje się na koniec wypitej butelki najznamienitszemu gościowi przy stole lub dzieli starannie nożem miedzy przyjaciół płci meskiej. Dlaczego?Bo to silny afrodyzja, którego sława zastała dobrze udokumentowana w przeciwieństwie do faktycznego działania! Zakładam, że jest ono równie skuteczne jak działanie selera naciowego, który to "jest" skuteczny po zjedzeniu porcji wielkości wiadra na wodę. O potencji i męskim ratowaniu porządku świata nnym razem.
  • Kilka lat temu gdy sława tequili i mezcala obiegła świat i Amerykanie (jak już wiecie mój ulubiony naród), postanowili ruszyć do Wallmart-ów kupować nową modę, zaczęło brakować nie tylko robaków, ale przede wszystkim blue agawy. Wiec Meksykanie i inne sprytne latynoskie nacje zaczęły robić napitek częściowo z agawy, a w zasadniczej części ze wszystkiego co można było wydestylować z kukurydzą włącznie.Czasem robiono "wodę życia" nawet bez agawy! Komisja standardów zainteresowała się tym i położyła kres. Nie lubicie popcornu? Szukajcie trunku zrobionego w 100% z blue agawy z napisem Reposado.
  • Leczenie ostrego: nigdy nie ie wodą, a na pewno nie gazowaną bo wzmaga, tylko: mlekiem, słodkim, słonym, posypując sól na jezyk i rozcierając o podniebienie. Można też sokiem z limonek, a zdecydowanie najprzyjemniej: piwem.
  • Najsłynniejsze piwo w Meksyku? Corona? Chyba w hotelu wśród turystów!?! ludzi, nie opuszczających bąbla resortowej rzeczywistości i jedzących tortillę i guacamole jako sałatkę do parówek na śniadanie. Normalnie w zależności od regionu…..wybór jest ogromny!
  • Desperado? Proszę Was!!! Litości, to nie piwo, to wytwór wyobrażni francuskich marketingowców o Meksyku, wszystko w jednym, a raczej tablica Mendelejewa w butelce. Basta.

Szybkość życia

Jeśli uważasz, że coś w życiu może Ciebie ominąć, że nie zdążysz się tym nacieszyć, uchwycić w duszy,  to doradzam zwolnić do "rozsądnej" prędkości obserwacyjnej.


...ale patrząc z innej perspektywy, pomyślcie jak dobrze czasem pędzić na "złamanie karku" czując się panem upływającego czasu!!!

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Żółw

Moi znajomi mieli żółwia, rasy nie pamiętam, ale wielkości talerza deserowego, w centki. Żółw był karmiony i naświetlany raz w tygodniu pod warunkiem, że się pojawił. Jak mawiał Pawłow, odruch jest odruchem więc zwierz meldował się na środku dużego pokoju około środy i starał się zbyt szybko nie poruszać aby dać właścicielom do zrozumienia, że jest głodny. Wtedy był myty ciepłą wodą, wstawiany do terrarium i dostawał sałatę. Rok był alter klimatyczny więc żółwiowi coś się poprzestawiało i wlazł za kuchenkę gazową oraz nie zameldował się. Po tygodniu oczekiwania, a również obwąchiwania czy aby nie dochodzi zapach po żółwiu, nagle (adekwatne do gatunku), zza szafki na garnki wychynął zwierz, był cały w pajęczynie, wyglądał jak suszarka na pranie ze skarpetkami lub antena do poszukiwania kosmitów w odległych galaktykach. Na bokach miał "koty", na nosie okruszki, a do tylnej lewej łapy przykleiła mu się bliżej nie określona tłusta farfoclowata substancja. Tym razem został wyszorowany, nakarmiony i ...zniknął (znowu a propos tempa i gatunku), kilka dni później mój znajomy, w środku nocy wstał, poszedł do kuchni po szklanke wody aż tu nagle: Jak nie wrzaśnie, wyrzucił z siebie zestaw jak po strzelonej Lechowi bramce, skowyt "osz Ty bydlaku jeden", "popielniczkę z ciebie zrobię", żona domyśliła się, że chodzi o żółwia. Na środku pokoju leżał skulony 100 kg facet pokonany przez talerzyk deserowy. Okazało się, że trafił na niego małym palcem prawej nogi! Żółw tym czasem uderzony jak w carlingu odbił się od szafki, kuchenki, rykoszetem skosił małą doniczkę z pelargonią i zadokował miedzy butami jak w hokejowych rękawicach. Wniosek nie trzeba było kupować lodówki na freon i samochodu bez katalizatora. Żółw byłby punktualny, a palec cały.
Innym razem ten sam "talerzyk" zobaczył półkę na książki z luka pomiędzy Homo Faber a Śpiewnikiem żony. Wlazł tam, a ponieważ miejsca nie było dużo, przekręcił się na bok i zasnął jak średniej grubości wolumin. Jakby miał na zadzie napis Zoologia, to stałby tak do wiosny. Wieczorem przyszli goście i półkę zasunięto drzwiami. Następnego dnia po południu z szafki zaczął dochodzić dźwięk przypominający powolne, drapanie o szybę rannego komara. Poszukiwania przyniosły niecodzienne znalezisko, żółw wypadł z regału i naprawdę wyglądał na wściekłego. Oczytany to on może był, ale bardziej niezadowolony.
Babcia moje koleżanki kiedyś przez sen pomyślała, ze ma zawał, czuła ciężar w klatce piersiowej, duszność i słyszała chrobot. Kiedy jej myśli pływały pomiędzy testamentem, a wezwaniem karetki, otworzyła oczy i zobaczyła swojego kota Feliksa, który usadowił się na niej i właśnie mrucząc kończył nocną toaletę.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Klamka zapadła

Żyję w bałaganie, książki porozrzucane na podłodze, na biurku sterta wszystkiego, otoczenie wyględa jak po wybuchu petardy w zupie jarzynowej. Co sie stało? Dwa dni temu w czase silnej burzy naderwało sie okno biurowe. Byłem akurat poza biurem. Woda już "wdarłaby się" do środka gdyby nie dzielne kolezanki i koledzy z 5*, którzy robiąc barykadę z szafki i monitora umieścili okno na właściwym miejscu i zakleili je następnie szeroką taśmą pakową. Jak gustownie to zrobili! Taki delikatny art deco-wski wzorek, ale skutecznie. Dzisiaj ma pojawić się serwis, już się boję. 
Naprawiacze biurowi dzielą sie na dwie kategorie:
Pan Janek vel "Złota Rączka" jest ok, trochę po 60 roku życia, pachnący Przemysławką lub inną odmianą Brutala. Zaczesany na lwa, w butonierce ekstra mocna bez filtra. Kibic Legii i znawca polityki na poziomie "ja bym ich wszystkich do oczyszczania miasta wysłał". Pan Janek flirtuje z księgową, a jak jej nie ma to mogą być w ostateczności młodsze. Chętnie wydałby córkę za któregoś z kolegów (ja jestem zajęty), a synowi załatwił u nas posadę dyrektora. W końcu chłop ma 28 lat i już w magazynie pracował. Ogólnie łatwo przyswajalny, potrafi coś zrobić czasem nawet jego koncepcja wytrzymuje walkę z czasem. 
Pan Henio vel "Czerwony Nos", nigdy nie wiesz kiedy sięgnie, nawet jeśli odpisuje na sms że już jedzie to nie wiesz czy po drodze nie "dojedzie" do drugiej butelki, Pan Henio zna się na robocie tylko czas i stres go wykończyły. Niestety jest trudno przyswajalny, nieterminowy, ma zapach rodem ze zbyt długo zamkniętego baru z piwem. Jak dostanie od szefa bonus to szukaj wiatru w polu. Jak czeka na wypłatę to 12 godzin pracuje. Lepiej kupić mu materiały niż wysłać z zaliczką do sklepu - wiadomo dlaczego. Jak dwa lata temu zabił aluminiową skrzynkę dwoma gwoździami i podkleił to wszystko kropelką to ni huhu. Problem w tym, że to był hydrant i strażakowi to się nie spodobało. Ba strażak oszalał z "radości", na poziomie mandatu za 300 zł, ale koleżanki zamieniły to na czekoladki z Madery, dwa małe tukany z drewna dla dzieci i szalik FC Barcelona z moich zapasów. Jakoś się udało. Ufff!!!

Nigdy nie wiemy, który przyjdzie, to słodka tajemnica administracji. Równie dobrze można obstawiać zmianę świateł na rondzie pod Pałacem, o tym już pisałem. Nadal na wspomnienie robi mi się gorąco.
Ad rem, na zewnątrz piękna biurowa pogoda, lekki wiatr, pochmurno, aż chce się skoncentrować, otworzyć okno, wyłączyć klimatyzację i zaczerpnąć świeżego, ołowianego powietrza, Patrząc w monitor komputera, sięgam lewą ręką za siebie, do okna. Dłoń przenika powietrze i zsuwa się gładko w dół nie dotykając nawet sugestii czegoś co można by nazwać otwieraczem. Odwracam wzrok, przecieram oczy, eee co sie stało? Gdzie jest klamka? Okazuje się, że konsekwencją naprawy było zamknięcie okna, jak to sie kiedyś mówiło o niektórych miejscach "na głucho", klamka została zabrana i już. No ładny piec, nic nie zrobię trzeba siedzieć na przewodnikach, rozgarniać papiery i wydobywać spod nich inne papiery. Na szczęście wyprowadzamy się już wkrótce do 2 x większego biura z ogrodem i kuchnią.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Zassane

Kiedy zacząłem pracę w aktualnym miejscu, postanowiłem zrobić porządek. Oczyściłem monitor, wyszorowałem poręcze fotela, a następnie przyniosłem odkurzacz i zacząłem odkurzanie na półce. Skończyłem i rozejrzałem się dookoła. Co by tu jeszcze zrobić? O, powyciągam okruszki z klawiatury. mam taka małą klawiaturę żeby nie przestawiać się z laptopa na normalną. przecignąłem raz i dwa i... usłyszałem trzy głośne plaśnięcia. Kurcze, klawisze! Wciągnąłem U/A/I ter z m m przer b ne, c j n jlepszeg zr b łem!
Pobiegłem do męskiego wc, zakasałem rękawy i z wprawą chirurga zacząłem rozcinać biurowymi nożyczkami worek. Wydobyłem, co to jest? Odznaka z Teneryfy? O może teraz? Zapałki z Brazylii! Teraz na pewno: pół zdjęcia paszportowego znanej podróżniczki od dżungli co to miała bosego męża. Ładnie wyszła, ale nie wkleję tego na klawiaturę! Po kwadransie grzebania w worku jak gwiazdor. Ho Ho Drogie dzieci..."O" Wam przyniosłem, a w "d" sobie je wsadź Ty stary dziadzie!!! Odpowiedziały dzieci. Znalazłem wszystkie klawisze i triumfalnie umieściłem na klawiaturze. Potem wydobyłem spod biurka koleżankę, która pękała od początku ze śmiechu. O czym należy pamiętać przy praniu kota? Żeby nie wykręcać. A przy klawiaturze? Żeby używać opcji do okruszków, a nie do zbitych szklanek.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Trudne słowa

Nie powinniśmy używać słów, których nie rozumiemy. Moja pani od historii w technikum Elektrycznym kiedyś powiedziała:
-Porwania dzieci, cały ten KINADPING, to bardzo poważna sprawa!
To jeszcze nic, ale pewien student chcąc przypochlebić się profesorowi, który lata życia spędził w politycznym podziemiu, walczył i tworzył opozycję, powiedział:
-Pan, panie Profesorze jest takim wspaniałym OPORTUNISTOM!
Cóż nie każdy w szkole był PRYMASEM. Mój Ojciec Zenon na święta Wielkanocne podał białą kiełbasę i szynkę, a do smaku: chrzan, buraczki i BOROWINĘ. bo jak twierdzi do mięsa jest najlepsza! Fakt, ze to trochę błotny pomysł, ale to w końcu jego kuchnia!

sobota, 31 lipca 2010

Za rozmowę

Dziękuję i w prezencie:
Que me nutrit, me destruit"
http://www.youtube.com/watch?v=WiuorrXsngM

piątek, 30 lipca 2010

Znalazłem

Ponad 12 lat szukałem kto to śpiewa. Po raz pierwszy usłyszałem tę płytę w Maroku w miejscowości Esuwaira na placu, siedząc przy kawie o le i patrząc na kobiety rozmawiające na schodach meczetu. Tak mocno piosenki wryły mi się w pamięć, że odkupiłem kasetę od kelnera. tak, tak prawdziwą kasetę magnetofonową. Po latach przegrałem ja na CD, a potem zaczęła szumieć i przeskakiwać, ale słowa i rytm był w sercu. Dzisiaj rano włączyłem African na jednym z portali i uderzyła mnie fala gorąca.
Utwór najbardziej poetycki:
Utwór najważniejszy, ten który za mną chodził przez cały ten czas:

Prosta kalkulacja

Jeśli o 22.30 ugotujecie pół kilograma bobu to ile zjecie do 23.30? Hm, a jeśli ugotujecie 1kg to ile zjecie? No właśnie, nigdy nie gotujcie 1 kg bobu przed snem. Zwariowałem, zjadłem wszystko i wylizałem talerz. Z powodu nadchodzącego tygodnia i jednego z najważniejszych  odlotów w moim zyciu, jem kompulsywnie. Cóż to takiego? Otóż pies mojej warszawskiej Cioci na mój widok najpierw szczeka, potem biegnie do miski, obejmuje ją przednimi łapami i je, je, je aż zje całość lub uspokoi się. Mam to samo, zjadłbym całość żeby się uspokoić.

czwartek, 29 lipca 2010

Sponsor

Wczoraj na premierze "Miasta ruin", które uważam, że musicie zobaczyć po 1 sierpnia w Muzeum Powstania Warszawskiego, głos zabrał sponsor. Nie wzbudziło to aplauzu, nawet lekko wyczuwalną niechęć. Pan Prezes wstał i powiedział "Cytując w tym miejscu klasyków, uważam, że sponsor powinien wykorzystać dana mu niesamowita możliwość (sala prawie zaczęła warczeć)... i siedzieć cicho, pozwalając aby jego mikry wkład nie niweczył pracy twórców", co się działo, sala klaskała naprawdę szczerze i mocno. Nawet jeśli to figura retoryczna to mi się podoba i już. A kalendarz wskazuje już -7 i powoli zmierza do -6, to też mi się podoba.

Przerwa

Moi drodzy, szanowani, nieliczni czytelnicy. Mam chwilowo wstrzymana akcje serca. Oczywiście EKG wskazuje na to, że żyć będę latami i w dobrym zdrowiu. Przeprosić chciałem tylko za nieterminowe uzupełnianie blog-a albowiem pisuje na zupełnie innym, blogu życia gdzie skupiam uwagę i pasję twórczą. Cieszę się, że u Was wszystko dobrze, ze ktoś ma dom nad rzeką, ktoś podróżuje a ktoś śpiewa i czyta moje trzy po trzy. Mam w głowie nowe posty i nowe dulszczyzny. Mam wspaniały temat rzekę, czyli Warszawę z jej złym, nieprawdziwym wizerunkiem, fantastyczną załogą w pracy i widokiem z okna na Pałac Kultury. Mam na horyzoncie śliczny widok w ...... i pociąg do Poznania o ......, kiedyś opowiem lub taktycznie pominę te tematy. Trzymajcie za mnie kciuki, przesyłajcie słowa wsparcia, są potrzebne. Szczególne podziękowania dla ..... za nie dawanie nadziei na kredyt.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Wojownik Światła

Moja koleżanka (ta od wieczoru wyborczego), ma pełną lodówkę i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ta lodówka nie była pełna... światła!!! Otwierasz pełna aż w oczy razi!!! Zamykasz, blacout.  Jestem pod wrażeniem, światło jest równomiernie rozłożone na wszystkich półkach, owalnie wypełnia miejsca na jajka, płasko leży w pudełku po żółtym serze i ma zielonkawy poblask tam gdzie była sałata. Mieni się barwą burgunda i Chardonnay na stojaku do wina. Gęsto ściele się nad pustym opakowaniem po śledziach i smużkami skrzy się w pojemniku na pomarańcza, jabłka i mandarynki, Nawet we wzorze przypomina arabskiego gina tam gdzie na talerzu pyszniły się oliwki z humusem. Smakowite to światło, coś na śniadanie i na wspólny grzeszny wieczór przy świecach. 
Przypomniał mi się dowcip Czeczota. Nad morzem stoi rozwichrzony facet. Podpis "Czesław był zdziwiony, po raz pierwszy w swoim życiu widział Morze", a w drugiej linijce: "Morze też było zdziwione, po raz pierwszy w swoim życiu widziało Czesława!!!". Lodówka też się dziwi dlaczego jeszcze ktoś do niej zagląda? Może to element terapii szokowej? "Nie po oczach!!! No nie po oczach!!!". Koleżanka pokazuje z dumą kostkę masła w  zamrażalniku, ale co?, Aaa ma imię, no to gratuluję! jak Ciebie nie lubić? 

wtorek, 29 czerwca 2010

Czy Świat stanął na głowie?

Moje pytanie jest czysto retoryczne. otóż jako pamiątke z wyprawy do Nowej Zelandii przywiozłem mapę z prawidłowym nowozelandzkim sposobem widzenia naszego globu. Jak to Wam się podoba?

wtorek, 22 czerwca 2010

Po pierwszej turze


W niedzielny wieczór, w Warszawie, na Placu Piłsudskiego, około godziny 20.00 moja uroczo roztargniona znajoma zaparkowała samochód. W zasadzie nic w tym fascynującego, gdyby nie fakt że było to ostatnie wolne miejsce pomiędzy dwoma wozami transmisyjnymi. Dwoma z kilkunastu stojących z rozłożonymi antenami, kilometrami kabli, migoczącymi monitorami i własnie w pospiechu pudrowanymi redaktorami. Otóż wyżej wymieniona rozejrzała się dookoła, powiodła wzrokiem po całym tym zgiełku i zapytała pierwszego napotkanego "człowieka mediów", "...proszę mi powiedzieć co się stało, jakieś wydarzenie, ktoś przyjechał?...". Natychmiast została zgromiona wzrokiem i sprowadzona do roli ignorantki. Kobieto przecież to WIECZÓR WYBORCZY!!! 
No tak. ale ja do niej zawsze dzwonię dwa razy. Pierwszy raz aby usłyszała, ze w torebce coś dzwoni, drugi, po pięciu minutach, aby po odnalezieniu telefonu odebrała. Tu przypomina mi się stary dowcip: Na egzamin wchodzi student, na kolejne pytania o wodza rewolucji socjalistycznej, przewodnią siłę narodu i przewodniczącego partii odpowiada niezmiennie "Nie wiem". Zaintrygowany profesor pyta skąd jest student, "Ja?, Ja jestem z Omska". Profesor stawia pałę, student wychodzi, a tymczasem wykładowca staje przed oknem, spogląda rozmarzony w dal i wzdycha "Ech rzucić to wszystko, wyjechać do Omska!!!" Jako wisienkę na deserze potraktujcie proszę zdjęcie, czasem trzeba wiedzieć gdzie nakleić swój plakat lub komu pozwala się operować własnym wizerunkiem, ot tak z ostrożności żeby skóra się dobrze licowała. Chociaż? Sam już nie wiem, w końcu wynik "Chłopiec z plakatu" miał imponujący, no na pewno lepszy od ludowego lidera w strażackiej czapce.

wtorek, 25 maja 2010

Plemie z Gliwic

Sytuacja, która wydarzyła się w autobusie linii numer 32 w Gliwicach. Autobus, pełen tłok ludzi (godzina 16, każdy wraca z roboty), jednym z pasażerów zajmujących miejsce siedzące jest czarnoskóry mężczyzna, wiek nieznany. Autobus staje na przystanku, wsiada kobieta w ciąży (zaawansowanej) z zakupami i jakaś babcia (i inne osoby). Murzyn widząc kobietę w ciąży wstaje i mówi do niej: "Proszę sobie usiąść" i grzecznie się odsuwa, podaje dłoń żeby się go złapała - autobus już rusza. Babcia widząc zwalniane miejsce, odpycha kobietę brzemienną i pędem wskakuje na krzesełko, zajmuje je i siedzi w niebo wzięta. Czarnoskóry powiedział jej ładnie: "przepraszam, ale ustąpiłem miejsca tej kobiecie, bo jest w ciąży i wygląda na zmęczoną, chyba niestanie się pani nic, jeśli postoi pani trochę a da usiąść tej pani." Na co babcia odpowiada: "Nie wiem z jakiego plemienia pan jest, ale tutaj,w tym cywilizowanym kraju ustępuje się miejsca starym, schorowanym kobietom, a nie młodym, zdrowym. "No niestety miała pecha, bo czarny najwidoczniej się mocno zirytował przytykiem rasistowskim więc ładnie i dosadnie odpowiedział starszej pani:"Nie wiem, z jakiej wioski pani jest, ale w mojej to takie stare i zgryźliwe wiedzmy zjada się na kolację!!!".
Ponoć reakcja autobusu była nie do opisania. (udostępniła Agata N. - dziękuję)

sobota, 15 maja 2010

Restauracja "Zawał Serca"

W dobie poszukiwania recepty na piękno i długowieczność, zdrowie i dobrą formę, pojawiaja się, dzięki bogu i takie pomysły jak restauracja „Zawał serca”. W 2006 roku były instruktor fitness założył pierwszy lokal specjalizujący się w podawaniu wysokokalorycznej żywności. Menu obfituje w niezdrowe potrawy takie jak: potrójny wyjątkowo tłusty hamburger w zestawie z wysoko słodzoną colą, pod pieszczotliwa nazwą „Poczwórny bypass”, całość liczy sobie skromne 8500 kalorii. Inne potrawy są jeszcze  bardziej kardiologiczne. Goście mają stały dostęp do barku ze smażonymi na tłuszczu z dodatkiem smalcu, frytkami pod nazwą „Brak tętna”, oraz do woli mogą bezpłatnie popalać papierosy ekstra mocne bez filtra. Motto restauracji „Jedzenie, za które można umrzeć”, spotkało się z ogromnym zainteresowaniem, wieść gminna niesie o powstającej sieci „tłuszczo-dajni”. Zapomniałbym dodać, że kelnerki tegoż przybytku są przebrane za pielęgniarki, a zamiast rachunków wypisują recepty, które realizuje doktor z oddziału intensywnego grilla. No po prostu, palce lizać!

środa, 31 marca 2010

Wijący się problem

W Piasecznie mieszkańcy jednego z bloków na "nikogo z twarzy nie przypominającym" osiedlu wszczęli alarm! Otóż poinformowali Policję, iż na przeciwległym bloku, na dachu, w najlepsze, toczy się impreza przy głośnej muzyce, rodem z hali obrabiarek H. C. Cegielskiego. Policja przyjechała niezwłocznie. Właz na dach był zablokowany biedermeierowskim kredensikiem więc zadzwonili do mieszkania obok włazu gdzie również cicho nie było. Rozmawiając z za bardzo ruchliwym młodym gospodarzem, weszli do kuchni gdzie na stole leżało czternaście torebek, jak się później okazało, po amfetaminie. Gospodarz i jego nastoletnia koleżanka zostali zabrani na posterunek gdzie policjanci rozpoczęli rutynowe przesłuchanie. Kiedy zaczęli zadawać pytania dziewczynie, nagle stało się coś nieoczekiwanego. Z dekoltu kobiety wychynęła głowa... węża, policjanci struchleli, wezwali kolegę przeszkolonego w przemycie zwierząt. Sierżant - specjalista, orzekł że to pyton tęczowy, co więcej legalny bo właścicielka okazała stosowny dokument. Na pytanie dlaczego go zabrała, odpowiedziała cichym głosem "bo martwiłam się, że będzie smutny". Komenda w przyszłym miesiącu planuje szkolenia z ryb ze szczególnym uwzględnieniem pirani i oczywiście węży morskich.
Epilog:
Dawno zapomniana znajoma opowiadała mi o swoim wujku z Poznania, że ma on, a raczej miał, węża w kieszeni. Miał bo bestia zmarła z głodu, a wujek, wiadomo, nadal żyje i ma się świetnie. Cóż, nie wszyscy mają odpowiedni dekolt.

Korporacyjne

Anegdota:
Kiedyś usłyszałem następujacy dowcip, a może to jednak prawda? Pewien pracownik korporacji, a dokładniej firmy konsultingowej, w poniedziałek o godzinie 17.00 spakował, ku przerażeniu współpracowników, swoją torbę i wyszedł. We wtorek sytuacja się powtórzyła, a zespół chcąc go uchronić przed niechybnym zwolnieniem, podjął decyzję, że mu wyjaśnią zasady tak zwanego "ładu korporacyjnego" (sic!). W środę nasz bohater pakuje się, a jeden z konsultanntów szeptem mówi mu "Stary nie rób tego, siedź do 22.00 bo szef Ciebie zwolni, pomyśli że nie pracujesz, nie angażujesz się w rozwój korporacji, lekceważysz klientów....". Na co "dobra dusza" słyszy nastepującą odpowiedź: "Panowie, odper.... się, przecież ja od poniedziałku jestem na urlopie!!!".
Prawda:
Mojej koleżance, która spędziła dwa tygodnie w szpitalu po operacji kręgosłupa,  szef nie wypłacił premii za ubiegły miesiąc. W uzasadnieniu wpisał  "...była zbyt mało aktywna na zwolnieniu lekarskim...". Pozew? Zapomnijcie, brak świadków, wszyscy maja kredyty!!!

poniedziałek, 15 marca 2010

Za kierownicą...ciąg dalszy.

Gazeta Stołeczna podała "W czwartek późnym wieczorem policjanci zauważyli fiata 126p, czyli "malucha", który przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle. Ruszyli za nim w pościg." 
Teraz sama słodycz: "łatwo nie było, kierowca zaczął uciekać, przyspieszył, dramatyczna pogoń za dynamicznym "maluchem", zakończyła się dopiero w rowie." Otóż droga pani redaktor, miałem 126p i to nie jednego, jestem posiadaczem mandatu za przekroczenie prędkości i rozpędzenie bolidu do 110 km/h, ale pani elokwencji i styl godny jest pościgu na przedmieściach LA. No ale fakt, że kierowca uciekający "maluchem", po pijanemu, z sadowym zakazem prowadzenia pojazdów, który jest poszukiwany listem gończym, a do tego samochód ukradł dosłownie przed chwilą, to już jest więcej niż news. Osobiście po przeczytaniu, wykupiłem miesięczny na komunikację miejską, miesięczny? Co ja mówię! Wieloletni bilet!!!

Za kierownicą

Radio podało,  że po raz kolejny wystąpił problem z pedałem gazu w samochodzie marki Toyota. Otóż pewien amerykański kierowca, co dodaje newsowi sensu, a raczej bezsensu, przeżył szok. Jego auto pomimo próby hamowania nadal rozpędzało się, "mknąc" higway-em LV-LA. Dopiero skuteczna i szybka interwencja stróżów prawa pomogła mu zatrzymać krnąbrne samochód. Niby nic, ale wyobraźcie sobie "mknące" auto z prędkością 110 km/h i do tego, wąską, sześcio pasmowa autostradą. Rozumiem, że policja zajechała mu drogę i, no właśnie i co? Wskoczyli do środka i zrobili to czego nie potrafił zrozpaczony obywatel? Wyprzedzili go i wyhamowali  na własnym zderzaku? Zepchnęli do rowu? Ne, bo by ich pozwał! Tak, ale dlaczego kierowca nie wrzucił luzu, nie przełączył biegu na N lub choćby nie wyłączył silnika, kluczykiem John, kluczykiem!?! Nadal nie rozumiem Amerykanów, ale dramatu z tego robić nie będę.

czwartek, 21 stycznia 2010

Prezent na parapetówkę.

Taki nieoceniony prezent proponuje Ania. W końcu jak się znajomych lubi to cena nie gra roli! Prawda? poza tym: firmy, banki, urzędy państwowe, szczególnie w poniedziałkowy poranek lub piątkowe popołudnie! Nienasycony rynek!

środa, 20 stycznia 2010

Dlaczego teatr?

"Wszystkie sztuki są piękne, wszystkie sztuki są interesujące, wszystkie sztuki są obarczone ludzkimi zleceniami, cennymi i niezastąpionymi. Sztuka teatralna jest jednak ze wszystkich najbardziej bezpośrednio ludzka, najbardziej bliska integralnej pełni życia, które stylizuje i uwzniośla, aż do tego stopnia, że obdarza nas  jego pełnym dynamizmu wzorem dla życia naszego własnego."
E. Souriau
cytat znalazła Ania Wilma link: Ania_na_Flaker-wejdź! 9-02-2007 23:42


wtorek, 19 stycznia 2010

Podróż dookoła Świata

Znajomy mojej koleżanki wybiera się w całoroczną podróż dookoła Świata. Napisał do mnie email z następującą treścią: "Panie Radku, wybieram się w podróż dookoła Świata, co pan poleca zobaczyć, gdzie się zatrzymać i co zwiedzić....", zgadnijcie co odpisałem? :)

Zły PR

Godzinę temu radio Tok FM podało informację o wypadku w elektrociepłowni Siekieki. Trzech pracowników uległo obrażeniom, pierwszej pomocy udzielili im koledzy ze zmiany. Zrobiło mi się smutno, zadumałem się nad ich stanem zdrowia. Nagle z zamyślenia wyrwała mnie dalsza część informacji "Rzecznik prasowy elektrociepłowni...", pomyślałem, że będzie coś o stanie zdrowia! "...oświadczył, że dostawy ciepła dla stolicy nie są zagrożone", i to wszystko, nic a nic o ludziach!!! zastanawiam się, czy to błąd PR-u, beztroska czy zwykła znieczulica? A może to już prawie nikogo nie interesuje? Wiem jedno, tak PR-u się nie robi.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Kopalnia w sercu dzikiej Papui.


Dlaczego jest coraz mniej czasu na prawdziwą Papue? Na Papui swoją siedzibę ma jedna z największych na świecie kopalń złota i miedzi Freeport. Możliwe, że w momencie pisania tego tekstu, po planowanych fuzjach, nie jedna z największych, lecz największa! Wydobycie daje firmie 22 mld USD dochodu netto rocznie. Jest to największy podatnik rządu Indonezji i najbardziej tajemnicze miejsce prowincji Irian Jaya. Tereny przyznane kopalni to naturalne środowisko składające się z bagien, terenów wulkanicznych niejednokrotnie bogatych w endemiczna faunę i florę. Nikt nie wie, co dzieje się za płotem. Jego przekroczenie grozi śmiercią. W obawie o wykonanie zdjęć, nie wydaje się pozwoleń na wspinaczkę na Piramidę Carstenza i inne najwyższe szczyty, których zbocza należą już do tego prywatnego molocha. Kursy samolotów skrzętnie omijają tereny nad wyrobiskami. Na lotnisku wita wielki napis „Welcom of Freeport Mc Moran Copper Mine” i mały napis z nazwą lotniska i miejscowości. Narasta opór miejscowej ludności, która jest ewidentnie wykorzystywana i zdecydowanie gorzej opłacana. Zagraniczni pracownicy żyją w strzeżonych osiedlach. Mimo to dochodzi do napaści na autobusy dowożące do pracy. Papuascy separatyści walczą z ochroną kopalni, którą stanowią wyspecjalizowane firmy para-wojskowe podobnie jak w Iraku. Polityka i pieniądze mieszają się w jednym kotle. Specjaliści od PR-u budują szkoły i wykonują symulowane ruchy pro-społeczne. Wszystko to, aby ukryć niewyobrażalną dewastację środowiska, księżycowy krajobraz, brak zabezpieczeń, rdzewiejące złomowiska maszyn, których wartość nie jest nawet promilem dochodu kopalni. Tam nie zajrzymy. Raz po raz, w wyniku pomyłki przy procesie oczyszczania, rzeką Otakawa płyną ławice śniętych ryb i opalizujący kożuch.  Freeport czuje się bezkarnie, ma w kieszeni wszystkich. Wszystkie partie od prawa do lewa są dotowane przez organizacje powiązane z kopalnią. Wynik wyborów w prowincji najpierw zna, jak przypuszczają organizacje międzynarodowe, Freeport (cóż za ironia w nazwie – sic!), a potem głosujący. Nie zajrzymy tam, ale pamiętajmy, że nie tylko inne planety są nieznane, często nie wiemy, co dzieje się kilka tysięcy kilometrów od naszego domu. Nie można wykluczyć, że w związku z ochroną interesów kopalni, a nie Papuasów, zezwoleń na odwiedzenie prowincji pod jakimkolwiek pretekstem będzie mniej niż dotychczas. Czas pokaże, co dla rządu Indonezji jest ważniejsze: pieniądze w kasie czy realizacja motta „silni w różnorodności”, jak można przetłumaczyć dość dowolnie maksymę państwową.

środa, 13 stycznia 2010

Filozofia pocztowa i nazwy ulic

Czekam grzecznie wczorajszego ranka na poczcie, a na poczcie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy: Pan przy okienku do pani za okienkiem. "Znowu pomyliliście adresy! Ile razy mam zmieniać, ja już nawet tamtemu człowiekowi numer komórki zostawiłem żeby znaczków nie odsyłał, przecież ja je zbieram!", "...ale o co panu chodzi, co się stało?". "Jak to co, znowu wysłaliście przesyłkę na Arystotelesa, a ja mieszkam na Arystofanesa, czy ja piszę niewyraźnie?". Zdziwienie i zaduma w oczach pani rozlały się po sali jak śmietana w  barszczu. Były gęste, mętne i bez refleksji.  W sumie to czego facet chce, kobieta kojarzy tylko jedno nazwisko ze starożytnej rzeczywistości, nie licząc lektury "Mitologii" Parandowskiego, ale to nie o filozofii było! Tak wiec, jaka jest różnica dla przeciętnego poczmistrza miedzy Ojcem założycielem szkoły w Ogrodach Likajonu, a autorem "Sejmu niewieściego"? Żadna! Nie dość wspomnieć, ze pierwszy rodzi się zaledwie rok przed śmiercią drugiego, że zajmują się innymi dziedzinami życia, że jeden pisze o logice, a drugi o soczewce. Różnica jest dokładnie żadna. W czasach poprzednich ustrojów władza wymyśliła greckie osiedle aby jak najdalej było od ulic: 17 Września, 3 Maja czy choćby Rejtana. No niechby taki obywatel z Rejtana nagle został opozycjonistą? Choćby przez przypadek ,jak obywatel Piszczyk! Od razu mamy kryzys i temat dla imperialistycznych mediów. Grecy wydawali się bezpieczni i już. Gdyby mój Ojciec Zenon odbierał pocztę z adresu na Eurypidesa to co najwyżej łamał by sobie język, ale czy mieszkańcy Epikura to epikurejczycy? Może tak? W końcu na co dzień również zastanawiają się nad życiem szczęśliwym. W USA jeśli mówisz: Levis-Strauss, to w większości jesteś rozumiany jako miłośnik jeansów, a nie filozofii. Równie dobrze można się zastanawiać czy ulica Diogenesa jest diagonalna, skośna? Swego czasu na Kulturoznawstwie o mało nie zemdlałem przy wielotygodniowym rozpatrywaniu Heglowskiego paradygmatu istnienia. W kolejnym semestrze było jeszcze ciekawiej, płynęliśmy z Malinowskim na wyspy Trobriandzkie, ale dlaczego sześć miesięcy?! A moi znajomi spokojnie mieszkają na osiedlu Bajkowym, ściślej na ulicy Makowej Panienki, o zgrozo!

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Papua - Iran Jaya, Jayapura


21 stycznia, późny wieczór, siedzę w prowizorycznej kawiarence internetowej, na zapleczu serwisu dla skuterów. Z kolanami pod brodą, klnę jak szewc na "szybkie" łącze. Próbuję przekazać kilka zdjęć do Polski i przy okazji poinformować rodzinę, że żyję.  Szósty od zmierzchu goździkowy papieros, zwany tutaj keretek parzy mi palce. Dym wżera się w oczy, tworzy fantazyjne wzory na olejnej ścianie pokrytej plakatami nowych modeli maszyn i dawnych modeli miss. Hałas z warsztatu, gdzie właściciel kawiarenki z kolegami robią próbę silnika jakiegoś dwusuwowego potwora szos, ogłusza. Na szczęście pozwala też zapomnieć o pocie, który pokrył moją skórę jak kokon. Jest pięknie, każdym porem mojego ciała czuję podróż i zbliżającą się przygodę.Jestem w Jayapurze, stolicy największej indonezyjskiej prowincji Iran Jaya na wyspie Papua. Dzisiaj po południu przylecieliśmy z Bali. Reszta ledwie żywa schroniła się w hotelu, a ja uciekając od odbywającej się tam fiesty lokalnego banku, wymknąłem się do miasta. To dla mnie tylko przystanek przed jutrzejszym lotem do Papuasów. Poranek, świt, lecimy! Lotnisko daje wytchnienie od kurzu i hałasu. Obsługa powtarza godziny odlotów wspinając się na krzesło, a nawet na stół i wrzeszcząc: ? Wamena, Merpati, 10.30, wyjście, bo tu bramek nie ma, po lewej I "ciska" ręką w kierunku, gdzie i tak wiem, że są drzwi, bo skrzypią i trzaskają od godziny przedrzeźniając się z gwiżdżącym klimatyzatorem. Tak zaczyna sie moja podróż, więcej w artykule w styczniowym "Poznaj Świat", zapraszam do lektury. Artykuł "Papua dzisiaj lub wcale"