Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 września 2010
Japończyk
Dużo napisano w wielu miejscach o Japończykach, o Japonii, o zwyczajach i kulturze, a wiec i ja dorzucę swoje trzy grosze do tego sake. Moja znajoma pracująca w Krakowie w recepcji 4* hotelu opowiadała, że przewodnik wycieczki Japończyków nigdy nie rezerwuje dla siebie pokoju na tym samym piętrze. Gdyby tak zrobił, goście odebrali by to jako wyraz braku szacunku i arogancję. Japończycy w większości rezerwują pokoje z dwoma łóżkami na jedną osobę. Nie tak jak ja, żeby na drugim łóżku zrobić bałagan i przez pół nocy zmieniać je, zastanawiając się na którym śpi mi się lepiej. Japończycy na drugim łóżku stawiają portret męża, żony, dzieci. Nie wierzycie, podam adres hotelu. Zresztą koleżanka jest przygotowana również na inne niedogodności. Po wyrwanych trzech pod rząd prysznicach, dyrekcja przygotowała specjalną, rysunkową instrukcję jak odkręcić wodę. Po latach doświadczeń wiedzą również, że pokój bez wanny jest dla Japończyka nie do zaakceptowania. Moja znajoma Michiko z Tokio, skwitowała to krótko "Jesteśmy kulturą wannową i już". Michiko nawet przez telefon ze swoim Dziadkiem rozmawiała stojąc wyprostowana jak struna, słowa Dziadka potwierdzała HAI! i lekko się kłaniała. Dopiero kiedy skończyła rozmowę usiadła z nami do lunchu. Nie sądzę żeby w obrębie jej świadomości i alfabetu pojęciowego było popularne wśród nastolatek odezwanie do Rodzica "No weź się Ojciec!!!" A teraz najlepsze. Pewien przewodnik z polski miał pod opieką grupę biznesmenów z ich szefem Panem Masu. Przewodnik chciał być szczególnie usłużny, pomawiał, spieszył z informacją, uśmiechał się, kłaniał i opowiadał o mijanych zabytkach. Panu Masu przez dwa dni nie drgnął najdrobniejszy muskuł na twarzy. Kiedy wszyscy zaczęli zastanawiać się czy to może botox, Pan Masu powiedział dnia trzeciego: "DO NOT TOK TO ME DIRECTLY" i zamilkł do końca wyjazdu! Tak, ale czego spodziewać się po nacji, która za dowcip uważa zbitek słów Hokkaido? Okkaido!!! (drugie to takie gu gu gu, jak u dzieci), brzuch sobie oberwę!!!
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Kopalnia w sercu dzikiej Papui.
Dlaczego jest coraz mniej czasu na prawdziwą Papue? Na Papui swoją siedzibę ma jedna z największych na świecie kopalń złota i miedzi Freeport. Możliwe, że w momencie pisania tego tekstu, po planowanych fuzjach, nie jedna z największych, lecz największa! Wydobycie daje firmie 22 mld USD dochodu netto rocznie. Jest to największy podatnik rządu Indonezji i najbardziej tajemnicze miejsce prowincji Irian Jaya. Tereny przyznane kopalni to naturalne środowisko składające się z bagien, terenów wulkanicznych niejednokrotnie bogatych w endemiczna faunę i florę. Nikt nie wie, co dzieje się za płotem. Jego przekroczenie grozi śmiercią. W obawie o wykonanie zdjęć, nie wydaje się pozwoleń na wspinaczkę na Piramidę Carstenza i inne najwyższe szczyty, których zbocza należą już do tego prywatnego molocha. Kursy samolotów skrzętnie omijają tereny nad wyrobiskami. Na lotnisku wita wielki napis „Welcom of Freeport Mc Moran Copper Mine” i mały napis z nazwą lotniska i miejscowości. Narasta opór miejscowej ludności, która jest ewidentnie wykorzystywana i zdecydowanie gorzej opłacana. Zagraniczni pracownicy żyją w strzeżonych osiedlach. Mimo to dochodzi do napaści na autobusy dowożące do pracy. Papuascy separatyści walczą z ochroną kopalni, którą stanowią wyspecjalizowane firmy para-wojskowe podobnie jak w Iraku. Polityka i pieniądze mieszają się w jednym kotle. Specjaliści od PR-u budują szkoły i wykonują symulowane ruchy pro-społeczne. Wszystko to, aby ukryć niewyobrażalną dewastację środowiska, księżycowy krajobraz, brak zabezpieczeń, rdzewiejące złomowiska maszyn, których wartość nie jest nawet promilem dochodu kopalni. Tam nie zajrzymy. Raz po raz, w wyniku pomyłki przy procesie oczyszczania, rzeką Otakawa płyną ławice śniętych ryb i opalizujący kożuch. Freeport czuje się bezkarnie, ma w kieszeni wszystkich. Wszystkie partie od prawa do lewa są dotowane przez organizacje powiązane z kopalnią. Wynik wyborów w prowincji najpierw zna, jak przypuszczają organizacje międzynarodowe, Freeport (cóż za ironia w nazwie – sic!), a potem głosujący. Nie zajrzymy tam, ale pamiętajmy, że nie tylko inne planety są nieznane, często nie wiemy, co dzieje się kilka tysięcy kilometrów od naszego domu. Nie można wykluczyć, że w związku z ochroną interesów kopalni, a nie Papuasów, zezwoleń na odwiedzenie prowincji pod jakimkolwiek pretekstem będzie mniej niż dotychczas. Czas pokaże, co dla rządu Indonezji jest ważniejsze: pieniądze w kasie czy realizacja motta „silni w różnorodności”, jak można przetłumaczyć dość dowolnie maksymę państwową.
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Papua - Iran Jaya, Jayapura
21 stycznia, późny wieczór, siedzę w prowizorycznej kawiarence internetowej, na zapleczu serwisu dla skuterów. Z kolanami pod brodą, klnę jak szewc na "szybkie" łącze. Próbuję przekazać kilka zdjęć do Polski i przy okazji poinformować rodzinę, że żyję. Szósty od zmierzchu goździkowy papieros, zwany tutaj keretek parzy mi palce. Dym wżera się w oczy, tworzy fantazyjne wzory na olejnej ścianie pokrytej plakatami nowych modeli maszyn i dawnych modeli miss. Hałas z warsztatu, gdzie właściciel kawiarenki z kolegami robią próbę silnika jakiegoś dwusuwowego potwora szos, ogłusza. Na szczęście pozwala też zapomnieć o pocie, który pokrył moją skórę jak kokon. Jest pięknie, każdym porem mojego ciała czuję podróż i zbliżającą się przygodę.Jestem w Jayapurze, stolicy największej indonezyjskiej prowincji Iran Jaya na wyspie Papua. Dzisiaj po południu przylecieliśmy z Bali. Reszta ledwie żywa schroniła się w hotelu, a ja uciekając od odbywającej się tam fiesty lokalnego banku, wymknąłem się do miasta. To dla mnie tylko przystanek przed jutrzejszym lotem do Papuasów. Poranek, świt, lecimy! Lotnisko daje wytchnienie od kurzu i hałasu. Obsługa powtarza godziny odlotów wspinając się na krzesło, a nawet na stół i wrzeszcząc: ? Wamena, Merpati, 10.30, wyjście, bo tu bramek nie ma, po lewej I "ciska" ręką w kierunku, gdzie i tak wiem, że są drzwi, bo skrzypią i trzaskają od godziny przedrzeźniając się z gwiżdżącym klimatyzatorem. Tak zaczyna sie moja podróż, więcej w artykule w styczniowym "Poznaj Świat", zapraszam do lektury. Artykuł "Papua dzisiaj lub wcale"
niedziela, 10 stycznia 2010
Ośmiornica na Zanzibarze
Zanzibar, Stone Town, miejsce urodzenia Freddiego Mercure. Po południu jadę na targ rybny. Już kiedyś wysiadam z
lokalnego środka transportu zwanego Dala-Dala
(rodzaj 9-osobowej Nyski cabrio), wiedziałem, że nie jest to miejsce turystyczne. Turysta ryby
je, a nie je ogląda! Smród, brud i wszechobecne wygłodniałe koty o oczach
pełnych nienawiści do handlarzy. Zapach jak po zamknięciu w słoju ze śledziami
nie "puści"mnie i mojego mózgu przez
kolejnych kilka godzin, a nawet dnia następnego. Chodzę między stoiskami nie wzbudzając najmniejszego zainteresowania. Z końca hali dobiegają
głuche, miarowe, uderzenia, coś jakby wbijanie gwoździ..?! Gdzieś w rogu
odkrywam parawan z ceraty w duże czarno białe romby - jakby kabina prysznicowa w hotelu robotniczym. Klęczący za nią sprzedawca,
któremu spod zasłony wystają stopy, wali kijem do krykieta w pęk związanych ośmiornic., Mam mdłości! Jego kolega
maceruje drugi pęczek ośmiornic w piasku, na prędce wymieszanym z wapnem i wysypanym na betonową posadzkę. Trudno jest zabić ośmiornicę, to przecież głowonóg w zasadzie trzeba jej w
całości rozbić system nerwowy, lub w przypadku większych sztuk dodatkowo jeszcze przenicować! Jak to zrobic?
Normalnie - wkłada się rękę między rogowe szczęki, aż po łokieć, chwyta od środka i wywraca ośmiornicę na na lewą
stronę ...
, a potem dla pewności tłucze i maceruje.Smacznego!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)