Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uśmiech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uśmiech. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 1 marca 2011
Uśmiech poranny
Mało nie spadłem z krzesła po przeczytaniu tego. Otóż cały weekend prowadziłem zajęcia ze studentami i mówiłem o komunikacji, negocjacjach, konfliktach, werbalnej, niewerbalnej i wszystkim tym co przydać się może, a raczej na pewno przyda. Grupa okazała się nadzwyczaj chłonna i zainteresowana. Kiedy wczoraj jeszcze trochę oszołomiony 18 godzinami wykładów siedziałem nad zupą Minestrone w restauracji u moich znajomych na Świętokrzyskiej zadzwoniła moja koleżanka, dumna matka dwójki bliźniaków. Jak Ona to robi? Nie chodzi o rozróżnianie, ale o opanowanie tłumu żądnych wrażeń i emocji, ruchliwych jak pszczoły facetów? Podziw i chapeau bas! Wracając do tematu, udało nam się połączyć dopiero gdy tylne fotele lotnicze zostały zajęte przez dwóch doskonale wyszkolonych w sytuacjach bojowych, 4 letnich Pilotów Pirxów. Próbowaliśmy porozmawiać, ale szumy w kanale komunikacyjnym, oczekiwania dotyczące, muzyki, bajek i postoju w Mc Donalds były na takim poziomie, że komunikacja zanikła do zera, a chwile później została przekierowana do jednego z CO pilotów, który poinformował mnie o swoim stanie zdrowia, który to sam niechcący nadwyrężyłem kiedyś wspólna zabawą na huśtawce. Drugi CO "poinformował" pierwszego, że teraz on rozmawia. W powietrzu zawisło zarzewie konfliktu na miarę granicy Indyjsko - Pakistańskiej. Raz rozmawiałem z jednym, raz z drugim, to o szyi, to o ... no właśnie o czym? Super było dopóki telefon nie wrócił do rąk Matki Pilota, która poinformowała obu CO, że teraz Ona rozmawia. Koniec i basta! A nie prawda, z tylnej ławki dały się słyszeć negocjacje w postaci markotnej miny i początków szlochu. Telefon wrócił do CO, wykonał jeszcze jedną rundę i uspokoił, wraz z wizją lodów i frytek, sytuację. Już spokojnie umówiliśmy się na pogadanie w innym terminie -uffff. Co mnie rozbawiło? Wiecie jak "Matka dzieciom", nazywa swój samochód wypełniony CO Pilotami? Nazywa go WOZEM TRANSMISYJNYM !!! no rzeczywiście dawno nie słyszałem takiej HD transmisji i do tego multikanałowej! Jedź ostrożnie M.
piątek, 7 stycznia 2011
Imiona
Powtarzam za jedną z uczestniczek uroczego rejsu po morzu Śródziemnym: "...godne uwagi było przedstawienie się jednej z naszych koleżanek, na nasze pytanie:"jak masz na imię?"
Odpowiedziała: "jak wolicie: Irena Albo Iwona…" Wybrałyśmy – ALBO!!! Imię utrzymało się do końca rejsu. Albo – przepiękne, oryginalne imię!!!
By A.
wtorek, 7 grudnia 2010
Lost in translations
Pewien Chińczyk mieszkający w NY na tyle niedługo aby opanować tajniki Mc języka, ale wystarczająco długo aby adaptować swoja sztukę kulinarną do gustu i pojęcia o chinesse food zjadaczy hamburgerów, otworzył bar na rogu Time Square. W witrynie większości tego typu przybytków widnieje napis TAKE AWAY czyli Na wynos, on jednak napisał TAKE AND RUN AWAY i nie wiem do tej pory czy miał na myśli Maraton nowojorski czy wpływ ostrości kuchni syczuańskiej na perystaltykę jelit? Natomiast zainspirował mnie aby za Igorem Zalewskim przytoczyć kilka znalezionych podobnych kwiatków. Tajwan: "If there is anything we can do to assist and helpyou, please do not contact us" (Jeżeli możemy w jakiś sposób Państwu pomóc, prosimy o brak kontaktu). Kopenhaga: "Take care of burglars", (ępiekuj sie złodziejami). Restauracja w Indiach: "Deep fried fingers of my lady", (Palce mojej pani smażone w głębokim tłuszczu). Wietnamski fast food: "Pork with fresh garbage", (Wieprzowina ze świeżymi śmieciami). Hotel gdzieś w Europie "Please hang yourself here", (Powieś się tutaj sam- prosimy). Szwajcaria: "We have nice bath and we are very good in bed", (Mamy ładne łazienki i jesteśmy bardzo dobrzy w łóżku). Od siebie dodam, że lat temu nie pomnę ile na Targach poznańskich podawano: "Dring z sokiem pomarańczowym", a w samolocie pewien rodak zamówił: "Orenge juice please - może być jabłkowy" i to już jest dla mnie złota reneta fantazji językowej. Igor znalazł jeszcze specjalny koktajl dla Pań w Tokio "Specjal coctails for the ladies with nuts" (...czyli koktajl z jajami dla Pań).
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Żółw
Moi znajomi mieli żółwia, rasy nie pamiętam, ale wielkości talerza deserowego, w centki. Żółw był karmiony i naświetlany raz w tygodniu pod warunkiem, że się pojawił. Jak mawiał Pawłow, odruch jest odruchem więc zwierz meldował się na środku dużego pokoju około środy i starał się zbyt szybko nie poruszać aby dać właścicielom do zrozumienia, że jest głodny. Wtedy był myty ciepłą wodą, wstawiany do terrarium i dostawał sałatę. Rok był alter klimatyczny więc żółwiowi coś się poprzestawiało i wlazł za kuchenkę gazową oraz nie zameldował się. Po tygodniu oczekiwania, a również obwąchiwania czy aby nie dochodzi zapach po żółwiu, nagle (adekwatne do gatunku), zza szafki na garnki wychynął zwierz, był cały w pajęczynie, wyglądał jak suszarka na pranie ze skarpetkami lub antena do poszukiwania kosmitów w odległych galaktykach. Na bokach miał "koty", na nosie okruszki, a do tylnej lewej łapy przykleiła mu się bliżej nie określona tłusta farfoclowata substancja. Tym razem został wyszorowany, nakarmiony i ...zniknął (znowu a propos tempa i gatunku), kilka dni później mój znajomy, w środku nocy wstał, poszedł do kuchni po szklanke wody aż tu nagle: Jak nie wrzaśnie, wyrzucił z siebie zestaw jak po strzelonej Lechowi bramce, skowyt "osz Ty bydlaku jeden", "popielniczkę z ciebie zrobię", żona domyśliła się, że chodzi o żółwia. Na środku pokoju leżał skulony 100 kg facet pokonany przez talerzyk deserowy. Okazało się, że trafił na niego małym palcem prawej nogi! Żółw tym czasem uderzony jak w carlingu odbił się od szafki, kuchenki, rykoszetem skosił małą doniczkę z pelargonią i zadokował miedzy butami jak w hokejowych rękawicach. Wniosek nie trzeba było kupować lodówki na freon i samochodu bez katalizatora. Żółw byłby punktualny, a palec cały.
Innym razem ten sam "talerzyk" zobaczył półkę na książki z luka pomiędzy Homo Faber a Śpiewnikiem żony. Wlazł tam, a ponieważ miejsca nie było dużo, przekręcił się na bok i zasnął jak średniej grubości wolumin. Jakby miał na zadzie napis Zoologia, to stałby tak do wiosny. Wieczorem przyszli goście i półkę zasunięto drzwiami. Następnego dnia po południu z szafki zaczął dochodzić dźwięk przypominający powolne, drapanie o szybę rannego komara. Poszukiwania przyniosły niecodzienne znalezisko, żółw wypadł z regału i naprawdę wyglądał na wściekłego. Oczytany to on może był, ale bardziej niezadowolony.
Babcia moje koleżanki kiedyś przez sen pomyślała, ze ma zawał, czuła ciężar w klatce piersiowej, duszność i słyszała chrobot. Kiedy jej myśli pływały pomiędzy testamentem, a wezwaniem karetki, otworzyła oczy i zobaczyła swojego kota Feliksa, który usadowił się na niej i właśnie mrucząc kończył nocną toaletę.
środa, 31 marca 2010
Wijący się problem
W Piasecznie mieszkańcy jednego z bloków na "nikogo z twarzy nie przypominającym" osiedlu wszczęli alarm! Otóż poinformowali Policję, iż na przeciwległym bloku, na dachu, w najlepsze, toczy się impreza przy głośnej muzyce, rodem z hali obrabiarek H. C. Cegielskiego. Policja przyjechała niezwłocznie. Właz na dach był zablokowany biedermeierowskim kredensikiem więc zadzwonili do mieszkania obok włazu gdzie również cicho nie było. Rozmawiając z za bardzo ruchliwym młodym gospodarzem, weszli do kuchni gdzie na stole leżało czternaście torebek, jak się później okazało, po amfetaminie. Gospodarz i jego nastoletnia koleżanka zostali zabrani na posterunek gdzie policjanci rozpoczęli rutynowe przesłuchanie. Kiedy zaczęli zadawać pytania dziewczynie, nagle stało się coś nieoczekiwanego. Z dekoltu kobiety wychynęła głowa... węża, policjanci struchleli, wezwali kolegę przeszkolonego w przemycie zwierząt. Sierżant - specjalista, orzekł że to pyton tęczowy, co więcej legalny bo właścicielka okazała stosowny dokument. Na pytanie dlaczego go zabrała, odpowiedziała cichym głosem "bo martwiłam się, że będzie smutny". Komenda w przyszłym miesiącu planuje szkolenia z ryb ze szczególnym uwzględnieniem pirani i oczywiście węży morskich.
Epilog:
Dawno zapomniana znajoma opowiadała mi o swoim wujku z Poznania, że ma on, a raczej miał, węża w kieszeni. Miał bo bestia zmarła z głodu, a wujek, wiadomo, nadal żyje i ma się świetnie. Cóż, nie wszyscy mają odpowiedni dekolt.
czwartek, 21 stycznia 2010
Prezent na parapetówkę.
Taki nieoceniony prezent proponuje Ania. W końcu jak się znajomych lubi to cena nie gra roli! Prawda? poza tym: firmy, banki, urzędy państwowe, szczególnie w poniedziałkowy poranek lub piątkowe popołudnie! Nienasycony rynek!
czwartek, 14 stycznia 2010
wtorek, 29 grudnia 2009
Warzywa
W księgarni natknąłem się na książkę kucharską "Jesteś Tym Co Jesz". Chyba nie macie wątpliwości, że do niej nie zajrzałem. Podobnie zresztą jak do klasyki tematu "Obudź w sobie olbrzyma" etc. etc. etc. Dlaczego? Ależ to proste - wcale, ale to wcale nie chcę zostać olbrzymią brukselką i to jeszcze w sosie chrzanowym. No po prostu chrzanię to!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




