sobota, 31 lipca 2010
piątek, 30 lipca 2010
Znalazłem
Ponad 12 lat szukałem kto to śpiewa. Po raz pierwszy usłyszałem tę płytę w Maroku w miejscowości Esuwaira na placu, siedząc przy kawie o le i patrząc na kobiety rozmawiające na schodach meczetu. Tak mocno piosenki wryły mi się w pamięć, że odkupiłem kasetę od kelnera. tak, tak prawdziwą kasetę magnetofonową. Po latach przegrałem ja na CD, a potem zaczęła szumieć i przeskakiwać, ale słowa i rytm był w sercu. Dzisiaj rano włączyłem African na jednym z portali i uderzyła mnie fala gorąca.
Utwór najbardziej poetycki:
Utwór najważniejszy, ten który za mną chodził przez cały ten czas:
Prosta kalkulacja
Jeśli o 22.30 ugotujecie pół kilograma bobu to ile zjecie do 23.30? Hm, a jeśli ugotujecie 1kg to ile zjecie? No właśnie, nigdy nie gotujcie 1 kg bobu przed snem. Zwariowałem, zjadłem wszystko i wylizałem talerz. Z powodu nadchodzącego tygodnia i jednego z najważniejszych odlotów w moim zyciu, jem kompulsywnie. Cóż to takiego? Otóż pies mojej warszawskiej Cioci na mój widok najpierw szczeka, potem biegnie do miski, obejmuje ją przednimi łapami i je, je, je aż zje całość lub uspokoi się. Mam to samo, zjadłbym całość żeby się uspokoić.
czwartek, 29 lipca 2010
Sponsor
Wczoraj na premierze "Miasta ruin", które uważam, że musicie zobaczyć po 1 sierpnia w Muzeum Powstania Warszawskiego, głos zabrał sponsor. Nie wzbudziło to aplauzu, nawet lekko wyczuwalną niechęć. Pan Prezes wstał i powiedział "Cytując w tym miejscu klasyków, uważam, że sponsor powinien wykorzystać dana mu niesamowita możliwość (sala prawie zaczęła warczeć)... i siedzieć cicho, pozwalając aby jego mikry wkład nie niweczył pracy twórców", co się działo, sala klaskała naprawdę szczerze i mocno. Nawet jeśli to figura retoryczna to mi się podoba i już. A kalendarz wskazuje już -7 i powoli zmierza do -6, to też mi się podoba.
Przerwa
Moi drodzy, szanowani, nieliczni czytelnicy. Mam chwilowo wstrzymana akcje serca. Oczywiście EKG wskazuje na to, że żyć będę latami i w dobrym zdrowiu. Przeprosić chciałem tylko za nieterminowe uzupełnianie blog-a albowiem pisuje na zupełnie innym, blogu życia gdzie skupiam uwagę i pasję twórczą. Cieszę się, że u Was wszystko dobrze, ze ktoś ma dom nad rzeką, ktoś podróżuje a ktoś śpiewa i czyta moje trzy po trzy. Mam w głowie nowe posty i nowe dulszczyzny. Mam wspaniały temat rzekę, czyli Warszawę z jej złym, nieprawdziwym wizerunkiem, fantastyczną załogą w pracy i widokiem z okna na Pałac Kultury. Mam na horyzoncie śliczny widok w ...... i pociąg do Poznania o ......, kiedyś opowiem lub taktycznie pominę te tematy. Trzymajcie za mnie kciuki, przesyłajcie słowa wsparcia, są potrzebne. Szczególne podziękowania dla ..... za nie dawanie nadziei na kredyt.
poniedziałek, 5 lipca 2010
Wojownik Światła
Moja koleżanka (ta od wieczoru wyborczego), ma pełną lodówkę i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ta lodówka nie była pełna... światła!!! Otwierasz pełna aż w oczy razi!!! Zamykasz, blacout. Jestem pod wrażeniem, światło jest równomiernie rozłożone na wszystkich półkach, owalnie wypełnia miejsca na jajka, płasko leży w pudełku po żółtym serze i ma zielonkawy poblask tam gdzie była sałata. Mieni się barwą burgunda i Chardonnay na stojaku do wina. Gęsto ściele się nad pustym opakowaniem po śledziach i smużkami skrzy się w pojemniku na pomarańcza, jabłka i mandarynki, Nawet we wzorze przypomina arabskiego gina tam gdzie na talerzu pyszniły się oliwki z humusem. Smakowite to światło, coś na śniadanie i na wspólny grzeszny wieczór przy świecach.
Przypomniał mi się dowcip Czeczota. Nad morzem stoi rozwichrzony facet. Podpis "Czesław był zdziwiony, po raz pierwszy w swoim życiu widział Morze", a w drugiej linijce: "Morze też było zdziwione, po raz pierwszy w swoim życiu widziało Czesława!!!". Lodówka też się dziwi dlaczego jeszcze ktoś do niej zagląda? Może to element terapii szokowej? "Nie po oczach!!! No nie po oczach!!!". Koleżanka pokazuje z dumą kostkę masła w zamrażalniku, ale co?, Aaa ma imię, no to gratuluję! jak Ciebie nie lubić?
wtorek, 29 czerwca 2010
Czy Świat stanął na głowie?
Moje pytanie jest czysto retoryczne. otóż jako pamiątke z wyprawy do Nowej Zelandii przywiozłem mapę z prawidłowym nowozelandzkim sposobem widzenia naszego globu. Jak to Wam się podoba?
wtorek, 22 czerwca 2010
Po pierwszej turze
W niedzielny wieczór, w Warszawie, na Placu Piłsudskiego, około godziny 20.00 moja uroczo roztargniona znajoma zaparkowała samochód. W zasadzie nic w tym fascynującego, gdyby nie fakt że było to ostatnie wolne miejsce pomiędzy dwoma wozami transmisyjnymi. Dwoma z kilkunastu stojących z rozłożonymi antenami, kilometrami kabli, migoczącymi monitorami i własnie w pospiechu pudrowanymi redaktorami. Otóż wyżej wymieniona rozejrzała się dookoła, powiodła wzrokiem po całym tym zgiełku i zapytała pierwszego napotkanego "człowieka mediów", "...proszę mi powiedzieć co się stało, jakieś wydarzenie, ktoś przyjechał?...". Natychmiast została zgromiona wzrokiem i sprowadzona do roli ignorantki. Kobieto przecież to WIECZÓR WYBORCZY!!!
No tak. ale ja do niej zawsze dzwonię dwa razy. Pierwszy raz aby usłyszała, ze w torebce coś dzwoni, drugi, po pięciu minutach, aby po odnalezieniu telefonu odebrała. Tu przypomina mi się stary dowcip: Na egzamin wchodzi student, na kolejne pytania o wodza rewolucji socjalistycznej, przewodnią siłę narodu i przewodniczącego partii odpowiada niezmiennie "Nie wiem". Zaintrygowany profesor pyta skąd jest student, "Ja?, Ja jestem z Omska". Profesor stawia pałę, student wychodzi, a tymczasem wykładowca staje przed oknem, spogląda rozmarzony w dal i wzdycha "Ech rzucić to wszystko, wyjechać do Omska!!!" Jako wisienkę na deserze potraktujcie proszę zdjęcie, czasem trzeba wiedzieć gdzie nakleić swój plakat lub komu pozwala się operować własnym wizerunkiem, ot tak z ostrożności żeby skóra się dobrze licowała. Chociaż? Sam już nie wiem, w końcu wynik "Chłopiec z plakatu" miał imponujący, no na pewno lepszy od ludowego lidera w strażackiej czapce.
No tak. ale ja do niej zawsze dzwonię dwa razy. Pierwszy raz aby usłyszała, ze w torebce coś dzwoni, drugi, po pięciu minutach, aby po odnalezieniu telefonu odebrała. Tu przypomina mi się stary dowcip: Na egzamin wchodzi student, na kolejne pytania o wodza rewolucji socjalistycznej, przewodnią siłę narodu i przewodniczącego partii odpowiada niezmiennie "Nie wiem". Zaintrygowany profesor pyta skąd jest student, "Ja?, Ja jestem z Omska". Profesor stawia pałę, student wychodzi, a tymczasem wykładowca staje przed oknem, spogląda rozmarzony w dal i wzdycha "Ech rzucić to wszystko, wyjechać do Omska!!!" Jako wisienkę na deserze potraktujcie proszę zdjęcie, czasem trzeba wiedzieć gdzie nakleić swój plakat lub komu pozwala się operować własnym wizerunkiem, ot tak z ostrożności żeby skóra się dobrze licowała. Chociaż? Sam już nie wiem, w końcu wynik "Chłopiec z plakatu" miał imponujący, no na pewno lepszy od ludowego lidera w strażackiej czapce.
wtorek, 25 maja 2010
Plemie z Gliwic
Sytuacja, która wydarzyła się w autobusie linii numer 32 w Gliwicach. Autobus, pełen tłok ludzi (godzina 16, każdy wraca z roboty), jednym z pasażerów zajmujących miejsce siedzące jest czarnoskóry mężczyzna, wiek nieznany. Autobus staje na przystanku, wsiada kobieta w ciąży (zaawansowanej) z zakupami i jakaś babcia (i inne osoby). Murzyn widząc kobietę w ciąży wstaje i mówi do niej: "Proszę sobie usiąść" i grzecznie się odsuwa, podaje dłoń żeby się go złapała - autobus już rusza. Babcia widząc zwalniane miejsce, odpycha kobietę brzemienną i pędem wskakuje na krzesełko, zajmuje je i siedzi w niebo wzięta. Czarnoskóry powiedział jej ładnie: "przepraszam, ale ustąpiłem miejsca tej kobiecie, bo jest w ciąży i wygląda na zmęczoną, chyba niestanie się pani nic, jeśli postoi pani trochę a da usiąść tej pani." Na co babcia odpowiada: "Nie wiem z jakiego plemienia pan jest, ale tutaj,w tym cywilizowanym kraju ustępuje się miejsca starym, schorowanym kobietom, a nie młodym, zdrowym. "No niestety miała pecha, bo czarny najwidoczniej się mocno zirytował przytykiem rasistowskim więc ładnie i dosadnie odpowiedział starszej pani:"Nie wiem, z jakiej wioski pani jest, ale w mojej to takie stare i zgryźliwe wiedzmy zjada się na kolację!!!".
Ponoć reakcja autobusu była nie do opisania. (udostępniła Agata N. - dziękuję)
sobota, 15 maja 2010
Restauracja "Zawał Serca"
W dobie poszukiwania recepty na piękno i długowieczność, zdrowie i dobrą formę, pojawiaja się, dzięki bogu i takie pomysły jak restauracja „Zawał serca”. W 2006 roku były instruktor fitness założył pierwszy lokal specjalizujący się w podawaniu wysokokalorycznej żywności. Menu obfituje w niezdrowe potrawy takie jak: potrójny wyjątkowo tłusty hamburger w zestawie z wysoko słodzoną colą, pod pieszczotliwa nazwą „Poczwórny bypass”, całość liczy sobie skromne 8500 kalorii. Inne potrawy są jeszcze bardziej kardiologiczne. Goście mają stały dostęp do barku ze smażonymi na tłuszczu z dodatkiem smalcu, frytkami pod nazwą „Brak tętna”, oraz do woli mogą bezpłatnie popalać papierosy ekstra mocne bez filtra. Motto restauracji „Jedzenie, za które można umrzeć”, spotkało się z ogromnym zainteresowaniem, wieść gminna niesie o powstającej sieci „tłuszczo-dajni”. Zapomniałbym dodać, że kelnerki tegoż przybytku są przebrane za pielęgniarki, a zamiast rachunków wypisują recepty, które realizuje doktor z oddziału intensywnego grilla. No po prostu, palce lizać!
środa, 31 marca 2010
Wijący się problem
W Piasecznie mieszkańcy jednego z bloków na "nikogo z twarzy nie przypominającym" osiedlu wszczęli alarm! Otóż poinformowali Policję, iż na przeciwległym bloku, na dachu, w najlepsze, toczy się impreza przy głośnej muzyce, rodem z hali obrabiarek H. C. Cegielskiego. Policja przyjechała niezwłocznie. Właz na dach był zablokowany biedermeierowskim kredensikiem więc zadzwonili do mieszkania obok włazu gdzie również cicho nie było. Rozmawiając z za bardzo ruchliwym młodym gospodarzem, weszli do kuchni gdzie na stole leżało czternaście torebek, jak się później okazało, po amfetaminie. Gospodarz i jego nastoletnia koleżanka zostali zabrani na posterunek gdzie policjanci rozpoczęli rutynowe przesłuchanie. Kiedy zaczęli zadawać pytania dziewczynie, nagle stało się coś nieoczekiwanego. Z dekoltu kobiety wychynęła głowa... węża, policjanci struchleli, wezwali kolegę przeszkolonego w przemycie zwierząt. Sierżant - specjalista, orzekł że to pyton tęczowy, co więcej legalny bo właścicielka okazała stosowny dokument. Na pytanie dlaczego go zabrała, odpowiedziała cichym głosem "bo martwiłam się, że będzie smutny". Komenda w przyszłym miesiącu planuje szkolenia z ryb ze szczególnym uwzględnieniem pirani i oczywiście węży morskich.
Epilog:
Dawno zapomniana znajoma opowiadała mi o swoim wujku z Poznania, że ma on, a raczej miał, węża w kieszeni. Miał bo bestia zmarła z głodu, a wujek, wiadomo, nadal żyje i ma się świetnie. Cóż, nie wszyscy mają odpowiedni dekolt.
Korporacyjne
Kiedyś usłyszałem następujacy dowcip, a może to jednak prawda? Pewien pracownik korporacji, a dokładniej firmy konsultingowej, w poniedziałek o godzinie 17.00 spakował, ku przerażeniu współpracowników, swoją torbę i wyszedł. We wtorek sytuacja się powtórzyła, a zespół chcąc go uchronić przed niechybnym zwolnieniem, podjął decyzję, że mu wyjaśnią zasady tak zwanego "ładu korporacyjnego" (sic!). W środę nasz bohater pakuje się, a jeden z konsultanntów szeptem mówi mu "Stary nie rób tego, siedź do 22.00 bo szef Ciebie zwolni, pomyśli że nie pracujesz, nie angażujesz się w rozwój korporacji, lekceważysz klientów....". Na co "dobra dusza" słyszy nastepującą odpowiedź: "Panowie, odper.... się, przecież ja od poniedziałku jestem na urlopie!!!".
Prawda:
Mojej koleżance, która spędziła dwa tygodnie w szpitalu po operacji kręgosłupa, szef nie wypłacił premii za ubiegły miesiąc. W uzasadnieniu wpisał "...była zbyt mało aktywna na zwolnieniu lekarskim...". Pozew? Zapomnijcie, brak świadków, wszyscy maja kredyty!!!
poniedziałek, 15 marca 2010
Za kierownicą...ciąg dalszy.
Gazeta Stołeczna podała "W czwartek późnym wieczorem policjanci zauważyli fiata 126p, czyli "malucha", który przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle. Ruszyli za nim w pościg."
Teraz sama słodycz: "łatwo nie było, kierowca zaczął uciekać, przyspieszył, dramatyczna pogoń za dynamicznym "maluchem", zakończyła się dopiero w rowie." Otóż droga pani redaktor, miałem 126p i to nie jednego, jestem posiadaczem mandatu za przekroczenie prędkości i rozpędzenie bolidu do 110 km/h, ale pani elokwencji i styl godny jest pościgu na przedmieściach LA. No ale fakt, że kierowca uciekający "maluchem", po pijanemu, z sadowym zakazem prowadzenia pojazdów, który jest poszukiwany listem gończym, a do tego samochód ukradł dosłownie przed chwilą, to już jest więcej niż news. Osobiście po przeczytaniu, wykupiłem miesięczny na komunikację miejską, miesięczny? Co ja mówię! Wieloletni bilet!!!
Za kierownicą
Radio podało, że po raz kolejny wystąpił problem z pedałem gazu w samochodzie marki Toyota. Otóż pewien amerykański kierowca, co dodaje newsowi sensu, a raczej bezsensu, przeżył szok. Jego auto pomimo próby hamowania nadal rozpędzało się, "mknąc" higway-em LV-LA. Dopiero skuteczna i szybka interwencja stróżów prawa pomogła mu zatrzymać krnąbrne samochód. Niby nic, ale wyobraźcie sobie "mknące" auto z prędkością 110 km/h i do tego, wąską, sześcio pasmowa autostradą. Rozumiem, że policja zajechała mu drogę i, no właśnie i co? Wskoczyli do środka i zrobili to czego nie potrafił zrozpaczony obywatel? Wyprzedzili go i wyhamowali na własnym zderzaku? Zepchnęli do rowu? Ne, bo by ich pozwał! Tak, ale dlaczego kierowca nie wrzucił luzu, nie przełączył biegu na N lub choćby nie wyłączył silnika, kluczykiem John, kluczykiem!?! Nadal nie rozumiem Amerykanów, ale dramatu z tego robić nie będę.
czwartek, 21 stycznia 2010
Prezent na parapetówkę.
Taki nieoceniony prezent proponuje Ania. W końcu jak się znajomych lubi to cena nie gra roli! Prawda? poza tym: firmy, banki, urzędy państwowe, szczególnie w poniedziałkowy poranek lub piątkowe popołudnie! Nienasycony rynek!
środa, 20 stycznia 2010
Dlaczego teatr?
"Wszystkie sztuki są piękne, wszystkie sztuki są interesujące, wszystkie sztuki są obarczone ludzkimi zleceniami, cennymi i niezastąpionymi. Sztuka teatralna jest jednak ze wszystkich najbardziej bezpośrednio ludzka, najbardziej bliska integralnej pełni życia, które stylizuje i uwzniośla, aż do tego stopnia, że obdarza nas jego pełnym dynamizmu wzorem dla życia naszego własnego."
E. Souriau
cytat znalazła Ania Wilma link: Ania_na_Flaker-wejdź! 9-02-2007 23:42
E. Souriau
cytat znalazła Ania Wilma link: Ania_na_Flaker-wejdź! 9-02-2007 23:42
wtorek, 19 stycznia 2010
Podróż dookoła Świata
Znajomy mojej koleżanki wybiera się w całoroczną podróż dookoła Świata. Napisał do mnie email z następującą treścią: "Panie Radku, wybieram się w podróż dookoła Świata, co pan poleca zobaczyć, gdzie się zatrzymać i co zwiedzić....", zgadnijcie co odpisałem? :)
Zły PR
Godzinę temu radio Tok FM podało informację o wypadku w elektrociepłowni Siekieki. Trzech pracowników uległo obrażeniom, pierwszej pomocy udzielili im koledzy ze zmiany. Zrobiło mi się smutno, zadumałem się nad ich stanem zdrowia. Nagle z zamyślenia wyrwała mnie dalsza część informacji "Rzecznik prasowy elektrociepłowni...", pomyślałem, że będzie coś o stanie zdrowia! "...oświadczył, że dostawy ciepła dla stolicy nie są zagrożone", i to wszystko, nic a nic o ludziach!!! zastanawiam się, czy to błąd PR-u, beztroska czy zwykła znieczulica? A może to już prawie nikogo nie interesuje? Wiem jedno, tak PR-u się nie robi.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Kopalnia w sercu dzikiej Papui.
Dlaczego jest coraz mniej czasu na prawdziwą Papue? Na Papui swoją siedzibę ma jedna z największych na świecie kopalń złota i miedzi Freeport. Możliwe, że w momencie pisania tego tekstu, po planowanych fuzjach, nie jedna z największych, lecz największa! Wydobycie daje firmie 22 mld USD dochodu netto rocznie. Jest to największy podatnik rządu Indonezji i najbardziej tajemnicze miejsce prowincji Irian Jaya. Tereny przyznane kopalni to naturalne środowisko składające się z bagien, terenów wulkanicznych niejednokrotnie bogatych w endemiczna faunę i florę. Nikt nie wie, co dzieje się za płotem. Jego przekroczenie grozi śmiercią. W obawie o wykonanie zdjęć, nie wydaje się pozwoleń na wspinaczkę na Piramidę Carstenza i inne najwyższe szczyty, których zbocza należą już do tego prywatnego molocha. Kursy samolotów skrzętnie omijają tereny nad wyrobiskami. Na lotnisku wita wielki napis „Welcom of Freeport Mc Moran Copper Mine” i mały napis z nazwą lotniska i miejscowości. Narasta opór miejscowej ludności, która jest ewidentnie wykorzystywana i zdecydowanie gorzej opłacana. Zagraniczni pracownicy żyją w strzeżonych osiedlach. Mimo to dochodzi do napaści na autobusy dowożące do pracy. Papuascy separatyści walczą z ochroną kopalni, którą stanowią wyspecjalizowane firmy para-wojskowe podobnie jak w Iraku. Polityka i pieniądze mieszają się w jednym kotle. Specjaliści od PR-u budują szkoły i wykonują symulowane ruchy pro-społeczne. Wszystko to, aby ukryć niewyobrażalną dewastację środowiska, księżycowy krajobraz, brak zabezpieczeń, rdzewiejące złomowiska maszyn, których wartość nie jest nawet promilem dochodu kopalni. Tam nie zajrzymy. Raz po raz, w wyniku pomyłki przy procesie oczyszczania, rzeką Otakawa płyną ławice śniętych ryb i opalizujący kożuch. Freeport czuje się bezkarnie, ma w kieszeni wszystkich. Wszystkie partie od prawa do lewa są dotowane przez organizacje powiązane z kopalnią. Wynik wyborów w prowincji najpierw zna, jak przypuszczają organizacje międzynarodowe, Freeport (cóż za ironia w nazwie – sic!), a potem głosujący. Nie zajrzymy tam, ale pamiętajmy, że nie tylko inne planety są nieznane, często nie wiemy, co dzieje się kilka tysięcy kilometrów od naszego domu. Nie można wykluczyć, że w związku z ochroną interesów kopalni, a nie Papuasów, zezwoleń na odwiedzenie prowincji pod jakimkolwiek pretekstem będzie mniej niż dotychczas. Czas pokaże, co dla rządu Indonezji jest ważniejsze: pieniądze w kasie czy realizacja motta „silni w różnorodności”, jak można przetłumaczyć dość dowolnie maksymę państwową.
czwartek, 14 stycznia 2010
środa, 13 stycznia 2010
Filozofia pocztowa i nazwy ulic
Czekam grzecznie wczorajszego ranka na poczcie, a na poczcie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy: Pan przy okienku do pani za okienkiem. "Znowu pomyliliście adresy! Ile razy mam zmieniać, ja już nawet tamtemu człowiekowi numer komórki zostawiłem żeby znaczków nie odsyłał, przecież ja je zbieram!", "...ale o co panu chodzi, co się stało?". "Jak to co, znowu wysłaliście przesyłkę na Arystotelesa, a ja mieszkam na Arystofanesa, czy ja piszę niewyraźnie?". Zdziwienie i zaduma w oczach pani rozlały się po sali jak śmietana w barszczu. Były gęste, mętne i bez refleksji. W sumie to czego facet chce, kobieta kojarzy tylko jedno nazwisko ze starożytnej rzeczywistości, nie licząc lektury "Mitologii" Parandowskiego, ale to nie o filozofii było! Tak wiec, jaka jest różnica dla przeciętnego poczmistrza miedzy Ojcem założycielem szkoły w Ogrodach Likajonu, a autorem "Sejmu niewieściego"? Żadna! Nie dość wspomnieć, ze pierwszy rodzi się zaledwie rok przed śmiercią drugiego, że zajmują się innymi dziedzinami życia, że jeden pisze o logice, a drugi o soczewce. Różnica jest dokładnie żadna. W czasach poprzednich ustrojów władza wymyśliła greckie osiedle aby jak najdalej było od ulic: 17 Września, 3 Maja czy choćby Rejtana. No niechby taki obywatel z Rejtana nagle został opozycjonistą? Choćby przez przypadek ,jak obywatel Piszczyk! Od razu mamy kryzys i temat dla imperialistycznych mediów. Grecy wydawali się bezpieczni i już. Gdyby mój Ojciec Zenon odbierał pocztę z adresu na Eurypidesa to co najwyżej łamał by sobie język, ale czy mieszkańcy Epikura to epikurejczycy? Może tak? W końcu na co dzień również zastanawiają się nad życiem szczęśliwym. W USA jeśli mówisz: Levis-Strauss, to w większości jesteś rozumiany jako miłośnik jeansów, a nie filozofii. Równie dobrze można się zastanawiać czy ulica Diogenesa jest diagonalna, skośna? Swego czasu na Kulturoznawstwie o mało nie zemdlałem przy wielotygodniowym rozpatrywaniu Heglowskiego paradygmatu istnienia. W kolejnym semestrze było jeszcze ciekawiej, płynęliśmy z Malinowskim na wyspy Trobriandzkie, ale dlaczego sześć miesięcy?! A moi znajomi spokojnie mieszkają na osiedlu Bajkowym, ściślej na ulicy Makowej Panienki, o zgrozo!poniedziałek, 11 stycznia 2010
Papua - Iran Jaya, Jayapura
21 stycznia, późny wieczór, siedzę w prowizorycznej kawiarence internetowej, na zapleczu serwisu dla skuterów. Z kolanami pod brodą, klnę jak szewc na "szybkie" łącze. Próbuję przekazać kilka zdjęć do Polski i przy okazji poinformować rodzinę, że żyję. Szósty od zmierzchu goździkowy papieros, zwany tutaj keretek parzy mi palce. Dym wżera się w oczy, tworzy fantazyjne wzory na olejnej ścianie pokrytej plakatami nowych modeli maszyn i dawnych modeli miss. Hałas z warsztatu, gdzie właściciel kawiarenki z kolegami robią próbę silnika jakiegoś dwusuwowego potwora szos, ogłusza. Na szczęście pozwala też zapomnieć o pocie, który pokrył moją skórę jak kokon. Jest pięknie, każdym porem mojego ciała czuję podróż i zbliżającą się przygodę.Jestem w Jayapurze, stolicy największej indonezyjskiej prowincji Iran Jaya na wyspie Papua. Dzisiaj po południu przylecieliśmy z Bali. Reszta ledwie żywa schroniła się w hotelu, a ja uciekając od odbywającej się tam fiesty lokalnego banku, wymknąłem się do miasta. To dla mnie tylko przystanek przed jutrzejszym lotem do Papuasów. Poranek, świt, lecimy! Lotnisko daje wytchnienie od kurzu i hałasu. Obsługa powtarza godziny odlotów wspinając się na krzesło, a nawet na stół i wrzeszcząc: ? Wamena, Merpati, 10.30, wyjście, bo tu bramek nie ma, po lewej I "ciska" ręką w kierunku, gdzie i tak wiem, że są drzwi, bo skrzypią i trzaskają od godziny przedrzeźniając się z gwiżdżącym klimatyzatorem. Tak zaczyna sie moja podróż, więcej w artykule w styczniowym "Poznaj Świat", zapraszam do lektury. Artykuł "Papua dzisiaj lub wcale"
niedziela, 10 stycznia 2010
Horror
Wczoraj, mój dwudziestoczteroletni znajomy zapytał mnie, czy mogę mu polecić jakiś dobry horror? Oczywiście oprócz „Texanskiej masakry piłą łańcuchową", którą to uważa za klasykę tematu. Łukasz poproś o „Gone With The Wind ". Nie zgadniecie! Poszedł, i naprawdę zapytał, a sprzedawca powiedział, że „...jeszcze tego nie mają bo to nowość chyba jakaś pewnie jest?”. To już nie jest Matrix, to jest Belfegor - Upiór Luwru, jeśli wiecie o czym mówię?
Ośmiornica na Zanzibarze
Zanzibar, Stone Town, miejsce urodzenia Freddiego Mercure. Po południu jadę na targ rybny. Już kiedyś wysiadam z
lokalnego środka transportu zwanego Dala-Dala
(rodzaj 9-osobowej Nyski cabrio), wiedziałem, że nie jest to miejsce turystyczne. Turysta ryby
je, a nie je ogląda! Smród, brud i wszechobecne wygłodniałe koty o oczach
pełnych nienawiści do handlarzy. Zapach jak po zamknięciu w słoju ze śledziami
nie "puści"mnie i mojego mózgu przez
kolejnych kilka godzin, a nawet dnia następnego. Chodzę między stoiskami nie wzbudzając najmniejszego zainteresowania. Z końca hali dobiegają
głuche, miarowe, uderzenia, coś jakby wbijanie gwoździ..?! Gdzieś w rogu
odkrywam parawan z ceraty w duże czarno białe romby - jakby kabina prysznicowa w hotelu robotniczym. Klęczący za nią sprzedawca,
któremu spod zasłony wystają stopy, wali kijem do krykieta w pęk związanych ośmiornic., Mam mdłości! Jego kolega
maceruje drugi pęczek ośmiornic w piasku, na prędce wymieszanym z wapnem i wysypanym na betonową posadzkę. Trudno jest zabić ośmiornicę, to przecież głowonóg w zasadzie trzeba jej w
całości rozbić system nerwowy, lub w przypadku większych sztuk dodatkowo jeszcze przenicować! Jak to zrobic?
Normalnie - wkłada się rękę między rogowe szczęki, aż po łokieć, chwyta od środka i wywraca ośmiornicę na na lewą
stronę ...
, a potem dla pewności tłucze i maceruje.Smacznego!!!
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Czekolada
Dotykając czasem nowego tematu mam wrażenie otwierania puszki Pandory. Innym razem, delikatne tylko uchylenie wieka lub choćby przesunięcie słoika na półce powoduje, ze zmysły poraża mi woń nieoczekiwanie przyjemna, dojmująco bliska, ciepła i pożądana. Na przykład: woń czekolady, której tajemnice, historia i miejsce pochodzenia, to temat na inną opowieść. Dzisiaj o tym jak marketing nie radzi sobie z subtelnością smaku. Jak, zbyt dosłownie traktując narodowe cechy, wymyśla slogany, nie pasujące do produktu, odzierające go z magii, i szaleństwa zmysłów. Tak, czekolada. Pisano o niej poematy. Pisano opowiadania. Była głównym i jedynym składnikiem książek kucharskich. Była? Jest oczywiście nadal! Tematem do, filmów jak choćby "Chocolat" z parą Juliette Binoche i John Depp z 2000 roku. Ludzie tworzą na jej cześć blogi, strony w sieci, fora miłośników. W miastach ma swoje świątynie, zwane pijalniami. Cukiernicy wożą od bankietu do premiery teatralnej, od Pierwszej Komunii do Zaręczyn całe jej fontanny - mniam! Tymczasem jedna z niemieckich firm Ritter Sport ubarwia swój wyrób, iście swawolnym, lekkim i słodkim przesłaniem dla smakoszy "QUADRATISCHE - PRA KTISCH - GUT", po prostu "Kwadratowa, Praktyczna, Dobra". Nie żadna, tam: jedwabista miękkość, obiekt pożądania, harmonia zmysłów czy choćby, smak raju. Kwadratowo - żeby w kieszeń nie gniotło i żeby się nie zastanawiać jak włożyć, krótszą czy dłuższa krawędzią, do tasche. Ten slogan jest "grany" nieprzerwanie, od 1970 roku i od tej pory prawie wszystko w Niemczech jest QPG, zarówno w żartach jak i całkiem na poważnie. A jakże, praktycznie! Gut, gut, danke sehr und es tut mir leid Herr Alfred Ritter GmBH & Co KG
Z ostatniej chwili:
"Czekoladę Ritter Sport oferujemy w następującym asortymencie:Vollmilch, Joghurt, Dunkle Vollmilch, Marzipan, Nugat, Feinherb, Dunkle Voll-nuss, Weisse Voll-nuss, Rotwein truffel, Rum traubem nuss,Pfefferminz, Voll nuss, Halbbitter, Alpenmilch i Edel Bitter".
Słucham? Z likierem ziołowym? Brrryyy!!!
Poza tym uważam, że...
W każdym z nas drzemie Katon, na usta ciśnie się nam kończenie swoich wypowiedzi odwiecznym "...poza tym uważam, że...", a jaki był początek? W czasach Trzeciej Wojny Punickiej, pomiędzy Kartaginą a Rzymem, w latach 149-146 p.n.e. W Wiecznym Mieście stronnictwo zgromadzone wokół Katona Starszego starało się o ostateczne zniszczenie Kartaginy. Trwało to latami. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Niezależnie od tematu, Katon kończył każde swoje przemówienie w Senacie słowami: "Ceterum censeo Kartagina esse delendam" (łac. Poza tym uważam, iż Kartagina powinna zostać zburzona). Wojnę przy kolejnej nadarzającej się sposobności, sprowokował Rzym. Kartagina została zdobyta i zburzona. Ziemię, na której powstała zaorano i przeklęto obsypując solą, aby nic już nie miało się na niej urodzić. Moi drodzy to pouczająca historia, a poza tym uważam, że...Dykcja, a banany
Mój kolega, który odnalazł się był po imprezie sylwestrowej: dwa dni później, sześć butelek i 250 km dalej. Rankiem prosto z PKP poszedł do osiedlowego sklepu aby nabyć porcję naturalnej witaminy C. Wszedł, powiedział mniej więcej "Dzińdybły", i zatopił rozkalibrowany wzrok w skrzynkach pełnych owoców i warzyw. Z letargu wyrwała go sklepowa Janina, "Tak, słucham?". Wypadało by zadać pytanie pełnym zdaniem, pomyślał, ale do tego zdolny jeszcze nie był więc rzucił jako stały bywalec "Czy cytryny?" (w domyśle - są?), "Nie, nie ma trzech, są tylko dwie i to zeszłoroczne", Nie od razu zorientował się, że pytajnik stał się cyfrą, więc podziękował i niepyszny poszedł po Ibuprom, oczywiście max. Przypomniała mi się, przy pisaniu tej historyjki, zasłyszana rozmowa z lat 80 na ulicy Poznania zwanej jeszcze wtedy Armii Czerwonej a dziś Św. Marcin. Koniecznie należy wymawiać to w mianowniku, aby pokazać swoja znajomość lokalnych zwyczajów i trendów. Otóż kupujący zapytał sprzedawcę przy jego ulicznym łóżko-straganie polowym, aż łza się kręci na samo wspomnienie, "Panie, a te banany to aby świeże?, "Oczywiście, że świeże - DZISIEJSZE!!!"
wtorek, 29 grudnia 2009
Warzywa
W księgarni natknąłem się na książkę kucharską "Jesteś Tym Co Jesz". Chyba nie macie wątpliwości, że do niej nie zajrzałem. Podobnie zresztą jak do klasyki tematu "Obudź w sobie olbrzyma" etc. etc. etc. Dlaczego? Ależ to proste - wcale, ale to wcale nie chcę zostać olbrzymią brukselką i to jeszcze w sosie chrzanowym. No po prostu chrzanię to!!!
Policja sprawdza
Zielona zemsta
Drodzy panowie! Rozstania bywają różne: miłe, mniej miłe, smutne i szare, ale mogą być też… zielone. Otóż historię opowiedziała mi moja znajoma, a usłyszała ją od swojej hiszpańskiej znajomej, która to przyłapała swojego narzeczonego na jednoznacznej kawie z piękną nieznajomą. Wk… się nie na żarty. Spakowała swoje rzeczy z Jego ukochanym ekspresem do kawy Jura na czele. Było mało, więc dołożyła Jego plazmę, ale nadal czuła niedosyt. Więc „pod nóź” poszedł szkic ucznia Picassa, stół z antykwariatu i kino domowe z Jego poprzedniego związku. Że co? Że niby źle robi? Co z tego! On i tak wraca za cztery dni, a poza tym to On był na kawie i mu się "należy". Przystanęła w opustoszałym, z nagła, mieszkaniu na środku pokoju i pomyślała... Żeby zemsta miała smaczek potrzebna była wisienka na torcie lub…? Pobiegła do ogrodniczego po cztery paczki rzeżuchy. Równo posypała nasiona na pięknym perskim dywanie, który był prawie że drugą Jego miłością. Obficie podlała wodą, aż ta mocno wyciekła na rogach dywanu. Przez kolejne trzy dni przychodziła regularnie jak na jogę i podlewała obficie. Czwartego dnia, niby wybiegła na Jego spotkanie, rzuciła się Jemu w ramiona, szepnęła „To koniec…Kochanie” i oddała klucze. No i wyobrażacie sobie minę faceta, który wchodzi do pokoju, staje i wytrzeszcza gały jak zajączek na wielkanocnej łączce. Dywan tymczasem faluje piękną, ostro pachnącą rzeżuchą w takt kołyszącego się wentylatora. Tylko kromki z masłem i soli brakuje do pełni szczęścia. Oczywiście Jej szczęścia.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Francuzi w Bieszczadach
Dawno, dawno temu, kiedy mój angielski pozwalał mi wyłącznie na zamówienie herbaty, a o cukrze mogłem co najwyżej pomarzyć, powierzono mi delegację skautów z Francji. Delegacja przyjechała własnym Fordem Transitem w kolorze Blanc. Pewnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę wielką pętlą bieszczadzką. Wjechaliśmy na serpentynę między Ustrzykami Górnymi a Wetliną. Asfalt był rozgrzany jak napalm. Wtem jeden ze skautów otworzył tylne boczne drzwi, trzymając się uchwytu jak amerykański żołnierz w helikopterze nad polami ryżowymi w Wietnamie. Rozpiął rozporek i zaczął oddawać mocz na podwójną ciągłą. Przyznać trzeba, że dość celnie! Natychmiast zareagowałem „What are you doing! It's dangerous!” W odpowiedzi usłyszałem „No, no, it isn't dangerous, it's only difficult!!!”. Krztusząc się śmiechem pomyślałem tylko: “Oui, bien, tres bien! Mon Ami!!!”Prezent dla Kota
„To my mamy myszy w domu? Myślałam, że przegryziony kabel od komputera to tez sprawka kota! Korek od atramentu (zdążył wyschnąć), kartę BP, a miała być nowa torba za punkty! Prezerwatywy, jeśli zaniósł je tam w pazurach to dziękuję, nie będę używała! Zapalniczkę, która uratowałyby nas przed kłótnią zakrywając dymem z papierosa nasze twarze i złe nastroje. Bilet do kina, to był dobry film, choć przewidywalny. Kapsle po piwie „Browar Radogoszcz” i kompas. To wyjaśnia dlaczego od kilku miesięcy nie mogę znaleźć drogi do celu.”
Kot mruczy, jest zadowolony i już zabrał się za powtórne „zakopywanie” drobiazgów. Tylko kulki z jemioły i zapach butów po spacerze przerywają mu ten amoralny stan.
O drapie kota za uchem „Dobry Kotek, w przyszłym roku odsuniemy kuchenkę, a może nawet szafę w sypialni.”
Moja koleżanka Mi
Mi chodzi do pracy na godzinę 8.00, a wiec co rano wstaje między 8.20 a 8.40 i po głośnym, trzykrotnym "Uuuuuu", "Aaaaaa" i tradycyjnym pozytywnym "Życie jest do d..." podnosi się z łóżka. Człapie do łazienki, gdzie wmawia sobie, że dwadzieścia sześć lat to jeszcze nie jest staropanieństwo. Następnie idzie do "fabryki", aby właściciele mogli zatankować bak swojego jachtu na Karaibach "z czubkiem". Miłego dnia Mi !!!
niedziela, 27 grudnia 2009
prof. Jerzy Maszewski ASP
Teatr "Asocjacja Kółka Graniastego" nawiązuje do Jorge Luisa Borgesa, który twierdził, że "...bogowie, którzy stworzyli nasz świat byli z pewnością szaleni". Jak powiedział prof. Jarosław Maszewski, twórca teatru: "Kreujemy nowe sytuacje artystyczne, tworzymy święto dla miasta, wnosimy miłość, młodość i Morze Śródziemne”. Artyści dodają: "...ekscesy życia i szaleństwo historii, kondukty żałobne i karnawałowe korowody, przemierzają te same ulice".
Wigilia po "polsku"
Weź: cukier, glutaminian sodu, sól, maltodekstrynę, nie zapomnij dorzucić regulator kwasowości. Wszystko wrzuć do garnka, podgrzewaj powoli, mieszając. Gorące rozlej do świątecznych czarek lub talerzy. Dopraw do smaku i zasiądź z bliskimi. Oj zapomniałem o koncentracie z suszonych czerwonych buraków - 17%!!! Bez tego przecież „prawdziwy” barszcz wigilijny nie może się udać. Smacznego.
Łyżeczka do grejfruta
Wszedłem, co dla mnie dość niecodzienne, w samo południe do Starego Browaru, tłok jak zwykle, ale to temat na inną opowieść. Pomyślałem, że kupię kawiarkę, trzeba pomyśleć czasem o jakości życia, szczególnie gdy w strefie +5 m od pieca jest zaledwie +13 stopni C. Nie jest to dobra temperatura do pracy, chyba ze jesteś pingwinem i myślisz o rybach lub pływasz na krze lodowej. Ad rem, już kupuję. Płacę, czekam wodząc wzrokiem po towarach przy kasie. Nagle czytam: ”łyżeczka do grejpfruta”. Co? No nie! Super, zwykła mała łyżeczka tylko o ostrzejszym kształcie, dodatkowo zaopatrzona po bokach w ząbki do wkrawania się w owoc. Wow! Rewelacja, tego mi właś… moment, Radek, pobudka! 9,90 zł za wyszczerbioną w ząbki łyżeczkę do herbaty!? Nie! Mój pragmatyzm włącza się w ostatniej chwili, to drobnomieszczaństwo. Pachnie praktycznym aspektem. Wygląda jak potrzeba pierwszej kolejności, a to zwykły komercyjny chłam. Zastanówcie się ilu osobom jest potrzebna taka łyżeczka? Czujesz, że zmarnowałeś lata bez niej? Pomyśl, to jeszcze nie jest tragedia, że jej nie kupiłeś. Jeszcze gorszy jest los Masajów i Papuasów, którzy pomimo diety obfitującej w grapefruity, nawet nie uświadamiają sobie jej istnienia! Biedni ludzie, żyją jak dzieci we mgle. Sic! Szkoda czasu. 12.30 wracam do pracy. Do widzenia piękne panie, snujące się między markowymi sklepami z telefonem komórkowym przy uchu i kluczykami do auta w ręku. O piękne panie, zerkające na nienaganny frencz na paznokciach, oczywiście od góry dłoni. Obiecuję, że jeszcze do was wrócę. Oj wrócę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.jpg)


